30.12.2014

Podsumowanie grudnia


źródło

Grudzień, tak jak każdy miesiąc, minął mi bardzo szybko, ale niezwykle przyjemnie. W szkole skończył się pierwszy semestr, więc przed świętami nie musiałam przejmować się ocenami. Przerwa świąteczna dobrze mi zrobiła i pozwoliła odpocząć oraz sprawiła, że ja (tak, JA) przekonałam się do oglądania filmów. Nie sądziłam, że to kiedykolwiek nastąpi, ale jednak. Teraz nadrabiam zaległości.

Grudzień kojarzy mi się przede wszystkim ze Świętami. Od dwóch lat jakoś nieszczególnie czuję ich magię. Czym jestem starsza, tym mniej umiem się nimi cieszyć. Może swoje robi też pogoda? Ja chociaż nie cierpię zimy, śniegu i mrozu, to lubię, gdy w Wigilię jest choć trochę biało.

Teraz pora  na książkowe i filmowe podsumowanie grudnia. Na początku nowego roku zrobię jeszcze całoroczne podsumowanie, opowiem też o moich postanowieniach noworocznych.

Przeczytane w grudniu:

1. Linwood Barclay - "Na własne oczy"
2. Tahereh Mafi - "Dotyk Julii"
3. Tatereh Mafi - "Sekret Julii"
4. Veit Etzold - "Cięcie"
5. Marissa Meyer - "Saga Księżycowa. Cinder"
6. Marissa Meyer - "Saga Księżycowa. Scarlet"
7. Andy Weir - "Marsjanin" (właściwie kończę czytać, ale przed styczniem zdążę na pewno)

 I jeszcze czytałam, ale nie przeczytałam do końca:

Terry Pratchet, Stephen Baxet - "Długa Ziemia" - ta książka to zupełnie nie maja bajka, odpuściłam sobie po 100 stronach i nie zamierzam do niej wracać.

Aleksandra Marinina - "Za wszystko trzeba płacić" - początek zapowiadał się świetnie, zastanawiałam się nawet, czemu ja tak późno po tę książkę sięgnęłam, ale później było gorzej. Ciągle się gubiłam, te wszystkie rosyjskie imiona i nazwiska były przeze mnie nierozróżniane, wszystko stało się tak zawiłe, że postanowiłam sobie odpuścić. Przeczytałam 180 stron.

Obejrzane w grudniu:
1. "Szkoła uczuć" reż. Adam Shankman 
2. "Choć goni nas czas" reż. Rob Reiner
3. "Benny i Joon" reż. Jeremiah S. Chechik
4. "Obecność" reż. James Wan
5. "Wszystko za życie" reż. Sean Penn
6. "Holiday" reż. Nancy Meyers
7. "American Beauty" reż. Sam Mendes

Nie o wszystkich pisałam, bo nie nadążałam tego robić. Zresztą nie chcę, by dominowały tutaj filmy. Zainteresowanych zapraszam na moje konto na Filmweb.pl - KLIK .

Nauka języków:

W zeszłomiesięcznym podsumowaniu postawiłam sobie wyzwanie. A mianowicie chciałam, by na moim koncie na stronie Memrise.com widniała liczba 3000 poznanych słówek. Udało się bez problemu, aktualnie jest to 3,251 słówek. Dodam, że to wynik od sierpnia tego roku, więc jestem z siebie dumna.Oby nie brakło mi motywacji. (O Memrise pisałam TUTAJ, więc jak toś jest ciekawy to zapraszam:))


Z serii językowo w tym miesiącu napisałam na temat nauki języka angielskiego po angielsku ze stroną engVID.com: KLIK

Pora już kończyć to podsumowanie, bo zrobiło się strasznie długie. Post publikuję już dzisiaj, bo jutro będę myślała pewnie tylko o Sylwestrze.

Korzystając z okazji chcę Wam życzyć udanego Sylwestra i Szczęśliwego Nowego Roku!



Do zobaczenia w nowym roku!

29.12.2014

Moje Instagramowe wyzwanie na nowy rok - #dailymoments

Kolejny nowy rok chcę przeżyć pozytywnie i skupić się na rozwoju. Rok temu na jakimś blogu zobaczyłam wyzwanie 100 Happy Days, w którym chodziło o uwiecznianie na zdjęciach pozytywnych chwil, pokazywanie tego, co w danym dniu sprawiło nam radość. I tak przez 100 dni. Ja swoje wyzwanie planuję przeciągnąć na cały rok. Co z tego wyjdzie? Zobaczymy.


 Tak naprawdę to od pewnego czasu myślałam o założeniu Instagrama (cel był początkowo inny, ale myślę, że mogę to połączyć w jeden), a nowy rok to najlepszy moment na działanie. Rok to kawał czasu, ale chcę spróbować. Może nie codziennie będę dodawała nowe zdjęcie, ale postaram się to robić.

Wyzwanie nie będzie dla mnie łatwe, ponieważ aparat nigdy moim przyjacielem nie był i rzadko z niego korzystałam. Teraz pewnie pojawi się pytanie, dlaczego w takim razie w ogóle chcę się w to bawić? Odpowiedź jest prosta; życie jest pełne świetnych chwil, o czym często zapominam. Chcę nauczyć się cieszyć z małych przyjemności i to wyzwanie ma mi w tym pomóc. Cel mam jeszcze jeden, ale ten zostawię już dla siebie.

Ciągle się jeszcze zastanawiam nad ustawieniami prywatności, ale jako że jestem osobą, która nie ma w zwyczaju relacjonowania w sieci każdej chwili swojego życia i ceniącą sobie prywatność (o ile o jakiejkolwiek prywatności można mówić, korzystając z internetu) to chyba zdecyduję się na prowadzenie Instagrama tylko dla siebie i ewentualnie udostępnienie go bliskim znajomym.
 

Może ktoś ma się ochotę przyłączyć i również taki lub podobny projekt wcielić w życie? Ja jestem strasznie ciekawa, czy rozbudzi to we mnie jakąś kreatywność i faktycznie nauczy dostrzegania pięknych chwil.

"Cieszmy się z małych rzeczy, bo wzór na szczęście w nich zapisany jest!"

28.12.2014

Wszystko za życie reż. Sean Penn

Tytuł: "Wszystko za życie" ("Into The Wild")
Reżyseria:  Sean Penn
Scenariusz:  Sean Penn
Produkcja: USA
Gatunek: Film biograficzny
Premiera: 4 kwietnia 2008 (Polska) 1 września 2007 (świat)












Christopher McCandless (Emile Hirsch) pochodzi z dobrego domu, osiąga świetne wyniki w nauce, jest wystarczająco zdolny, by studiować prawo na Harvardzie. Rodzice są zachwyceni, obiecują mu pomoc finansową i nowy samochód. Christopher ma jednak inne plany i postanawia wyruszyć na Alaskę, pozbywając się przedtem dokumentów i wszystkich pieniędzy. Wyrusza samotnie, nie informując rodziny, gdzie się wybiera. Pragnie wolności i za wszelką cenę do niej dąży.

Film zachwycił mnie bardzo szybko. Przede wszystkim zazdrościłam Christopherowi, że potrafił pozbyć się wszystkich dóbr i spontanicznie wyruszyć całkowicie sam w podróż swojego życia. Gratulowałam mu odwagi. Z jednej strony jego zachowanie można uznać za infantylne, zwłaszcza gdy weźmiemy pod uwagę wymagania, które stawia nam dzisiejszy świat. Bo dzisiaj wszyscy gonią za pieniędzmi, a szczęścia szukają w coraz to nowszych gadżetach. Porzucenie wszystkiego i wyruszenie na niezamieszkały teren wydaje się pewnie abstrakcją. Dla jednych będzie to głupota, inni pozazdroszczą tego czynu. Ja należę do tej drugiej grupy.  Ale osobiście nie pochwalam jego zachowania w stosunku do rodziny. Może ich relacjom do idealności brakowało bardzo dużo, ale czy tak trudno dać jakiś znak życia? Tak trudno czasami pomyśleć o swoich najbliższych?

Emile Hirsch, wcielający się w rolę Christophera, spisał się rewelacyjnie. Od razu go polubiłam, a w ostatnich scenach już całkowicie pokazał klasę swoją znakomitą grą aktorską. I jeszcze bardzo przypominał mi młodego Di Caprio, ale to taki szczegół.

Bardzo cenię sobie i książki, i filmy, które przedstawiają historie, które naprawdę się wydarzyły. I tak też jest w tym przypadku. Christopher McCandless naprawdę żył i faktycznie taką wyprawę odbył. I ja dzięki temu filmowi mogłam go poznać, bo wcześniej nawet o nim nie słyszałam.

Film jest dosyć długi, ja też oglądałam go późno, więc różnie z moją koncentracją było, no i na ogół wolę krótsze produkcje. Miejscami mi się dłużył, ale mimo to było w nim coś takiego hipnotyzującego i przyciągającego do obejrzenia do końca. I nie żałuję, że to zrobiłam, bo tak naprawdę to te ostatnie sceny chwytają za serce i mnie zmusiły do refleksji. Ciężko mi tak jednoznacznie napisać, o czym jest ten film. Bo początkowo wydawało mi się, że o spełnianiu marzeń, ale czym dłużej się nad tym zastanawiam, tym do innych wniosków dochodzę. Z jednej strony bohater pragnie wolności, ale gdy już ją osiąga to wszystko zaczyna się komplikować. Bo czy wolnością można nazwać samotność?

To jeden z tych filmów, o których nie pisze mi się łatwo, mam nawet wątpliwości, czy sama go dobrze zrozumiałam, dlatego myślę, że najlepszym rozwiązaniem będzie zachęcenie Was do jego obejrzenia. Na pewno jest to film z przesłaniem, a sama historia warta poznania.

Ocena: 8/10

27.12.2014

Marissa Meyer - Saga księżycowa. Scarlet

 Na bloga planowałam powrócić dopiero w nowym roku, ale stwierdziłam, że nie będę zwlekała, tym bardziej, że mam o czym pisać. Święta minęły mi bardzo szybko, ale przed nami jeszcze Sylwester, na który już bardzo czekam. Chciałam jeszcze podziękować Wam wszystkim za świąteczne życzenia.


Tytuł: "Saga księżycowa. Scarlet"
Autor: Marissa Meyer
Ilość stron: 496
Wydawnictwo: Egmont
Tom: II













"Scarlet" to drugi tom Sagi Księżycowej. Poniższy tekst może zawierać spoilery, więc czytasz na własną odpowiedzialność. Zapraszam Cię natomiast to recenzji pierwszej części, którą znajdziesz TUTAJ.

Tym razem przenosimy się do Francji, gdzie razem ze swoją babcią mieszka Scarlet Benoit. Bohaterkę poznajemy w trudnym dla niej momencie, ponieważ jej babcia zaginęła, a policja ignoruje sprawę i umarza śledztwo. Zdenerwowana dziewczyna postanawia przekonać policję do kontynuowania poszukiwań, ale w międzyczasie na jej drodze staje tajemniczy Wilk, który najprawdopodobniej ma jakieś informacje istotne dla Scarlet. Tylko czy można mu zaufać?

Tymczasem Cinder nie zamierza potulnie czekać na swój wyrok w więzieniu i postanawia opuścić jego mury. Przy okazji poznaje kapitana Thornea, który staje się jej sprzymierzeńcem i uciekają razem.

Gdy zaczęłam czytać to byłam trochę zdezorientowana, bo rozpoczyna się od całkowicie nowej historii i nieznanej bohaterki. Ale później już się uspokoiłam, bo kolejny rozdział był znowu poświęcony Cinder i wątek z poprzedniej części został kontynuowany. Na początku nie byłam przekonana, no bo jak tu pogodzić Kopciuszka z Czerwonym Kapturkiem? Jak to w ogóle połączyć? Moje obawy były jednak bezpodstawne, bo autorka dała sobie radę i zaciekawiła mnie równie mocno, co poprzednio. Oba wątki zostały sprawnie połączone, mimo iż początek nie wskazywał, by te dwie historie mogłoby mieć ze sobą coś wspólnego. Dobra robota. Chociaż do spotkania obu bohaterek mogło dość trochę szybciej, bo miejscami wszystko się dłużyło. W tej części zaczęłam jeszcze zauważać podobieństwo do "Królowej Śniegu".

Jako, że teraz mamy  Czerwonego Kapturka to jest i Wilk, i Babcia, ale oczywiście nie w tym wydaniu, które wszyscy dobrze znamy ze swojego dzieciństwa. Scarlet polubiłam, ale trochę mniej niż Cinder. Podobnie z Wilkiem i księciem Kaim, chociaż Wilk bardzo mnie intrygował i nie umiałam go rozgryźć. Z jednej strony niebezpieczny, ale i uroczy. Nowych bohaterów polubiłam mniej, ale w dalszym ciągu seria szalenie mi się podoba. Jeżeli chodzi o Cinder to w tej części nie jest już tą samą bohaterką, zmieniła się, uczy się wykorzystywać swój dar, jest bardziej stanowcza i niebezpieczna. Scarlet również nie daje sobie w kaszę dmuchać, odważnie bierze sprawy w swoje ręce i wyrusza na poszukiwania swojej babci.

Ta część podobała mi się trochę mniej od poprzedniej, ale w dalszym ciągu trzyma bardzo dobry poziom. Tutaj nawet więcej się dzieje, ale jakoś tak za dużo było tych ciągłych wędrówek i ucieczek, a już mniej tego klimatu, który otrzymałam przy pierwszej części. Ale to już bardzo subiektywne odczucie. W każdym razie mi się podobało, nawet bardzo, bo było wciągająco, dużo się działo, nie było czasu na nudę. Czekam na kolejny tom, ale...

... nie potrafię zrozumieć, dlaczego wydawanie tej serii w Polsce skończyło się na drugim tomie? Przepraszam bardzo, ale są takie chłamy, które nic nowego nie wnoszą, są marnymi kopiami bestsellerów, ale oczywiście są wydawane w całości. A tutaj mamy fantastyczną i oryginalną przede wszystkim serię, i co? I nie ma. Jestem wściekła i zbulwersowana. Trzecią cześć przeczytać mimo wszystko planuję, pewnie spróbuję czytać w oryginale, ale nie wiem, co z tego wyjdzie, tym bardziej, że mój angielski nie jest na tak wysokim poziomie, żeby czytać powieść science fiction (i jakąkolwiek inną). Zawiodłam się na tym wydawnictwie, naprawdę. Wstyd nie wydawać tak dobrej serii.

Ocena: 8/10

24.12.2014

Wesołych Świąt!


Kochani, nigdy nie byłam dobra w składaniu życzeń, dlatego dzisiaj krótko, ale z głębi serca.

Chcę Wam wszystkim życzyć wesołych, zdrowych Świąt, spędzonych w gronie rodzinnym oraz w fantastycznej atmosferze, wielu prezentów pod choinką (książkowych oczywiście), smacznych dań i wiele optymizmu!

 A na pożegnanie piosenka, którą odkryłam w tym roku i pokochałam, posłuchajcie:)



23.12.2014

Choć goni nas czas reż. Rob Reiner

Tytuł: "Choć goni nas czas" ("The Bucket List")
Reżyseria:  Rob Reiner
Scenariusz: Justin Zackham
Produkcja: USA
Gatunek: Dramat, komedia
Premiera: 28 marca 2008 (Polska) 16 grudnia 2007 (świat)
Czas trwania: 1 godzina 37 minut











Wszyscy mamy jakieś marzenia i cele w życiu, ale bardzo często jest tak, że na ich realizację brakuje nam czasu, może też uważamy, że są zbyt trudne do wykonania. I tak sobie żyjemy zamknięci w swojej monotonii, a czas nieubłaganie płynie. I nagle zapada wyrok. Pół roku życia, może rok. Co robić? Załamać się? Modlić o cud? Spędzić te chwile z zegarkiem w ręku czekając na śmierć? A może dobrze się bawić i maksymalnie wykorzystać czas, który pozostał? Może to w końcu czas na spełnianie swoich marzeń?

W takiej właśnie sytuacji zostało postawionych dwóch, całkiem różnych od siebie mężczyzn. Ich spotkanie nie odbyło się w zbyt miłym miejscu, bo w szpitalu na oddziale onkologicznym. Edward Cole (Jack Nicholson) jest białym bogaczem, który zbił fortunę na swojej korporacji, a Carter Chambers ( Morgan Freeman) zwykłym, czarnoskórym mechanikiem samochodowym. Mają inne priorytety, ale łączy ich nowotwór i nieuchronnie zbliżająca się śmierć. Sześć miesięcy życia, może więcej, może mniej. To bardzo mało czasu, ale wystarczająco, by spełnić marzenia. Carter i Edward wyruszają w podróż życia wraz z listą celów.

Jack Nicholson, który wcielił się w rolę Edwarda Cole'a i Morgan Freeman, który zagrał Cartera Chambersa, spisali się rewelacyjnie. Edward został przedstawiony jako niedostępny, samotny i samolubny bogacz, który początkowo irytował mnie swoim zachowaniem. Natomiast Carter był tylko biednym mechanikiem, ale szczęśliwym i otoczonym rodziną. Dwa tak różne charaktery, które połączył jeden wyrok. To właśnie dzięki tym dwóm aktorom ten film sporo zyskuje.

"Choć goni nas czas" to film, który przede wszystkim zmusił mnie do refleksji i zastanowienia się śmiercią oraz marzeniami. Śmierć czeka każdego, jedni mają więcej czasu, inni mniej. Często przychodzi ona niespodziewanie, ale są osoby, które słyszą, że zostało im ileś miesięcy życia. I tak się właśnie zastanawiałam, czy chciałabym poznać swoją datę śmierci, czy wolę żyć w nieświadomości.
Z jednej strony można maksymalnie wykorzystać dany nam czas, ale z drugiej strony można się załamać i wpaść w depresję. Bohaterowie filmu skorzystali z pierwszej opcji i zaczęli spełniać swoje marzenia

"Tysiąc ludzi zapytano, czy chcieliby wcześniej znać dokładną datę swojej śmierci.96% odpowiedziało "nie". Zawsze jakoś skłaniałem się ku pozostałym 4%. Wydawało mi się, że wyzwalająca byłaby wiedza, ile jeszcze czasu pozostało mi do przepracowania. Wychodzi na to, że się pomyliłem."
Ten film to taka komedia o śmierci. Chociaż temat jest smutny to został opracowany w sposób humorystyczny, zdarzyło mi się uśmiechnąć kilka razy. Ale łzy też się ostatecznie pojawiły podczas końcowych scen. Śmierć jest pokazana tutaj  motywująco, jako bodziec do spełniania swoich marzeń. Jednak mimo tych plusów film nie jest dla mnie jakimś arcydziełem, bo taki motyw był już wykorzystywany wielokrotnie, a poza tym film momentami wydawał mi się po prostu niewiarygodny, naiwny i zbyt piękny, by coś takiego mogło się naprawdę wydarzyć. I wydaje mi się, że nie zapamiętam go na długo.

Ocena: 6/10

22.12.2014

Szkoła Uczuć reż. Adam Shankman

Jeżeli chodzi o filmy to mam spore zaległości, które dopiero zaczynam nadrabiać. Tak naprawdę dopiero niedawno zaczęłam w ogóle filmy oglądać, bo wcześniej tego nie robiłam. O tym też świadczy dzisiejsza recenzja bardzo znanej i wysoko ocenianej produkcji z 2002 roku. Produkcji, którą większość z Was pewnie już widziała. Ja dopiero teraz, ale lepiej późno niż wcale.

Tytuł: "Szkoła Uczuć" ("A walk to remember")
Reżyseria: Adam Shankman
Scenariusz: Karen Janszen
Produkcja: USA
Gatunek: Melodramat
Premiera: 28 czerwca 2002 (Polska) 23 stycznia 2002 (świat)
Czas trwania: 1 godz. 41 minut











Dwa różne charaktery. Dziewczyna i chłopak. Ona jest religijną córką pastora, spokojną, dążącą do swoich celów. On, rozrywkowym chłopakiem, szkolnym podrywaczem, lekceważącym szkołę i zasady. Dwie różne osoby, niedarzące się sympatią, ale bieg wydarzeń sprawia, że rodzi się między nimi silne uczucie.

Film jest naprawdę niezły. Początkowo wydawało mi się, że to będzie zwykła, miłosna i tania historyjka, która nic do mojego życia nie wniesie. Na szczęście się myliłam. Owszem, jest wiele takich filmów, ale w tym jest coś wyjątkowego i chwytającego za serce.

Bardzo podobała mi się gra aktorska, a zwłaszcza Many Moore, która wcielając się w rolę Jamie, spisała się rewelacyjnie. Jej delikatna uroda wspaniale tutaj pasowała. Wykorzystano także jej wokalne umiejętności. Moja sympatia do tej postaci zaczęła się następującym dialogu:
"Ladon: Nie obchodzi cię, co ludzie o tobie myślą?
Jamie: Nie"
I taka właśnie jest Jamie. Nie da się ukryć, że różni się od swoich rówieśników; nie nosi modnych ciuchów, trzyma się na uboczu, wierzy w Boga, ma swoje zasady, jest uczciwą i prostą dziewczyną, ale kompletnie nie obchodzi jej zdanie obcych jej ludzi. Piękne i godne pozazdroszczenia podejście do życia.
Natomiast Landon Carter, w którego wcielił się Shane West, na początku nie zdobył mojej sympatii. Był bowiem takim cwaniaczkiem, podrywaczem i miał kilka wybryków na swoim koncie. Jednak z czasem zaczynałam go lubić, a podczas scen ukazujących szkolne przedstawienie już mnie całkowicie kupił. Shane West spisał się na medal, ten jego wzrok był niezwykle czarujący i przekonywujący. W początkowych scenach również świetnie zagrał tego zbuntowanego, korzystającego z chwili, imprezowego chłopaka.

Brakowało mi jednak łez przy oglądaniu. Wzruszam się bardzo szybko i płaczę na filmach, nawet w banalnych dla niektórych momentach. Tutaj tych łez nie było, ale i tak uważam, że jest to piękny film. Oczywiście nie trudno domyślić się zakończenia i tego, co się w trakcie wydarzy, ale wcale mi to nie przeszkadzało. Chociaż nie. Była jedna scena, która mnie zaskoczyła. Niby jest to historia taka, jak ich wiele, ale jest niej coś niezwykłego, co zwraca na siebie uwagę. To taki ciepły i mimo że smutny to podnoszący na duchu film, bo pokazuje, że ludzie się zmieniają i mogą stać się lepsi.

Ocena: 7/10

21.12.2014

Marissa Meyer - Saga Księżycowa. Cinder

Tytuł: "Saga Księżycowa. Cinder"
Autor: Marissa Meyer
Ilość stron: 440
Wydawnictwo: Egmont Polska
Tom: I













 Ta książka to było dla mnie coś zupełnie nowego, bo nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek czytała jakąś przeróbkę bajki. Pomyślałam, że to pewnie będzie coś świetnego i oryginalnego. I nie myliłam się.

Linh Cinder to nastolatka, jednak do normalności sporo jej brakuje. Jest bowiem cyborgiem, czyli obywatelem drugiej kategorii. Zamiast rąk i nóg posiada metalowe protezy. Na szacunek swojej  macochy również liczyć nie może, jest traktowana jak służąca i jest jej własnością. Dziewczyna ma również dwie przyrodnie siostry. Jedna jest dobra, druga zła. Jedna ją kocha, druga nienawidzi.   Cinder jest natomiast bardzo utalentowanym mechanikiem, najlepszym w mieście. Pewnego dnia do jej obskurnej budki przybywa sam książę Kai, który prosi dziewczynę o naprawienie swojego androida. Od czasu tego spotkania wszystko się zmienia.

Ta książka to było dla mnie coś naprawdę oryginalnego, bo po raz pierwszy czytałam przeróbkę tak znanej bajki. Bo kto zna nie zna historii o Kopciuszku? Jestem pewna, że nie ma tu takiej osoby. A Saga Księżycowa to opowieść zainspirowana tą znaną bajką. Zainspirowana, ale nie przekopiowana. Co to, to nie. Ja początkowo myślałam, że wszystko będzie się toczyć według schematu i nic mnie nie zaskoczy. Ależ byłam w błędzie! Autorka wprowadziła sporo zmian, wykreowała całkiem inny, nowy świat, zmieniła bieg wydarzeń, co czyni tę powieść absolutnie wyjątkową.

Czym byłaby dobra książka bez dobrych bohaterów? No właśnie. Bohaterowie są naprawdę świetni. Szalenie podoba mi się Cinder za jej oryginalność, wolę walki, postępowanie i taką ludzkość, mimo że jest cyborgiem. Różni się od swoich rówieśników, jest źle traktowana, boi się, że ktoś pozna jej tajemnicę.   Początkowo myślałam, że książę nie zdobędzie mojej sympatii, że będzie zbyt idealny, samolubny itd.  Jednak nic z tych rzeczy; pozytywnie się zaskoczyłam i bardzo go polubiłam. Mimo młodego wieku czuł odpowiedzialność, jaka na nim spoczywa i starał się być sprawiedliwy. Istnieje tutaj podział na dobre i złe charaktery, ale to dodatkowo nadaje klimat powieści.

Świetna książka, naprawdę. Może początek był trochę nudniejszy, ale później, gdy wszystko się rozkręciło to już nie mogłam się oderwać i czytałam, i czytałam, i czytałam aż do ostatniej strony. I mam ochotę na więcej; chcę znowu przenieś się do tego świata i znowu śledzić losy tych niezwykłych bohaterów.  Autorka ze znanej wszystkim historii stworzyła coś zupełnie nowego. I zrobiła to wyśmienicie. W dodatku wszystko jest pięknie opisane i naprawdę potrafiłam wyobrazić sobie ten nowy, dziwny świat.

 Parę dni temu narzekałam na schematyczność i brak oryginalności w książkach. Jeżeli Wy także macie tego dość, to Saga Księżycowa jest zdecydowanie dla Was. Gwarantuję, że się nie zawiedziecie.

 Ocena: 9/10

Patrycjo, bardzo dziękuję za polecenie mi tej książki!

19.12.2014

Veit Etzold - Cięcie

Kochani, chciałam Wam bardzo serdecznie podziękować za wszystkie komentarze pod poprzednim postem i za wszystkie propozycje, z których na pewno skorzystam w najbliższym czasie. Mam nadzieję oraz przeczucie, że odkryję jakieś perełki. A dzisiaj będę polecała świetny thriller, dzięki któremu na nowo powraca mi chęć do czytania. Ach, tylko dlaczego tak późno po tę książkę sięgnęłam? A i muszę wspomnieć, że naprawdę bardzo się cieszę, że w końcu mogę Wam napisać: "jeszcze nie czytałeś/aś? Żałuj".

Ciszę się, że znowu mam ochotę na czytanie, bo mam teraz dwa tygodnie wolnego, więc mogę czytać, czytać i jeszcze raz czytać. Żyć nie umierać. 


Tytuł: "Cięcie"
Autor: Veit Etzold
Ilość stron: 544
Wydawnictwo: Akurat














 Clara Vidalis jest młodą detektyw, pracującą w wydziale zabójstw Krajowej Policji Kryminalnej. Do policji przyciągnęła ją osobista tragedia sprzed dwudziestu lat, tragedia, która ciągle nie pozwala zapomnieć i wywołuje poczucie winy. Pewnego dnia Clara dostaje płytę z nagraniem, na którym zamaskowany mężczyzna podcina gardło młodej dziewczynie, a ta wcześniej przekazuje wiadomość dla policji. Rozpoczynają się poszukiwania Bezimiennego.

"Cięcie" to była dla mnie naprawdę mocja lektura. I pisze to osoba, która wiele thrillerów już przeczytała, poznała wiele chorych umysłów i makabrycznych opisów zbrodni. A ta książka wywarła na mnie wrażenie i sprawiła, że serce szybciej biło (ciśnieniomierz nie kłamie, a ja się przeraziłam wynikiem) i naprawdę czułam te wszystkie emocje, lekki strach, uczucie obrzydzenia i jakieś takiej bezradności. To naprawdę coś mocnego, brutalnego i pomimo wielu przeczytanych tego typu książek ta prezentuje sobą coś wyjątkowego, coś, co wyróżnia ją spośród innych i nie pozwala zapomnieć nawet po skończeniu lektury. Kurcze, teraz uświadomiłam sobie, że dawno już takiego czegoś nie czułam.

Tak piszę o tych swoich uczuciach ale przecież musi być coś, co na nie wpłynęło. I jest to zdecydowanie morderca, który wzbudza strach i intryguje zarazem. Jednak najlepsze jest to, że my możemy dokładnie zagłębić się w jego psychikę, dobrze go poznać, wrócić do jego dzieciństwa i zrozumieć jego motywy. Kawał dobrej roboty jeżeli chodzi o portret psychologiczny.

Główna bohaterka, Clara, bardzo mi się spodobała. Tutaj również autor skupił się na jej psychice, chociaż mogłoby to być lepiej opisane, wykreował postać nieidealną, z problemami i trudną przeszłością, która nie daje o sobie zapomnieć. Clara wstępuje do policji, by znaleźć mordercę swojej siostry. Zgrywa twardzielkę, wydaje się silna, ale w środku jest delikatna i krucha.

Ta książka to nie tylko fikcja, bo to także przesłanie i nauka, bowiem możemy uświadomić sobie, jak niebezpieczny może być internet i jak bardzo pozbawiamy się swojej anonimowości w sieci. A niestety są ludzie, którzy mogą to wykorzystać. W ogóle przeraża mnie, że niektóre osoby z najdrobniejszymi szczegółami relacjonują swoje życie na portalach społecznościowych. 
"Gdyż internet to nie tylko najpotężniejsze medium komunikacyjne i najobszerniejsza skarbnica wiedzy. Internet to również największe na świecie miejsce zbrodni."
Przyczepić się mogę do zakończenia, które można było przewidzieć i niestety wszystko działo się zbyt szybko i mało wiarygodnie, ale jestem w stanie to wybaczyć. Akcja również nie pędzi, ale w thrillerach psychologicznych aż tak tego nie odczuwam, bo skupiam się głównie na umyśle przestępcy, analizuję i z przerażeniem odkrywam nowe strony, nie wiedząc, co mnie na nich czeka.

Ocena: 9/10

16.12.2014

Tahereh Mafi - Sekret Julii + wylewam swoje żale

Tytuł: "Sekret Julii"
Autor: Tahereh Mafi
Ilość stron: 437
Wydawnictwo: Otwarte
Tom: II














Opis fabuły zawiera spoilery do poprzedniego tomu, więc proszę uważać na poniższy akapit!

Julia z Adamem uciekają z kwatery Komitetu Odnowy i trafiają do Punktu Omega, który jest schronieniem dla osób z niezwykłymi zdolnościami. Nareszcie są bezpieczni i mogą odetchnąć. Ale na jak długo? Sprawy bardzo szybko zaczynają się komplikować, zwłaszcza gdy na jak wychodzą tajemnice Adama.

Przy opisywaniu poprzedniej części czepiałam się zbyt idealnych i sztucznych bohaterów. Adam w dalszym ciągu taki pozostał; po prostu rycerz na białym koniu, ale jak się okazuje pozory lubią mylić. Julia natomiast poważnie mnie denerwowała swoim zachowaniem, a jej biadolenie doprowadzało mnie do szewskiej pasji. Niby się zmieniła, stała się silniejsza, ale i tak jakoś nieszczególnie do mnie przemawia jej postać. I jeszcze to jej niezdecydowanie, miłosne dylematy, które ostatnio działają na mnie jak płachta na byka i mam już dość tego samego w większości książek. Ile można?  Ale sprawę znowu ratuje Warner, który jest zdecydowanie moją ulubioną postacią. Ciężko mi go rozgryźć, jest najbardziej barwną i rozbudowaną osobowością w całej serii. Lubię go, nawet bardzo i gdy tylko pojawił się na stronach tej powieści to czytało mi się dużo przyjemniej. Gdyby nie on to najprawdopodobniej poprzestałabym na czytaniu pierwszego tomu.

Książka mnie nie zachwyciła, czytałam ją bez emocji (no chyba że pojawiał się Warner), bez problemu mogłabym ją odłożyć na półkę i zacząć czytanie czegoś innego. Wkurza mnie strasznie ta schematyczność, mam już dość czytania we wszystkich młodzieżówkach o tym samym, bo ileż można. Mam wrażenie, że te wszystkie książki dla młodych czytelników zlewają mi się w jedną całość. Niby fabuła jest inna, ale jest mnóstwo małych elementów, które już dobrze znam z wielu innych książek. W sumie to przepraszam tę książkę, ale akurat dzisiaj muszę wyładować nagromadzone we mnie emocje.

"Sekret Julii" nie zachwyca, właściwie nic mnie tutaj szczególnie nie zaskoczyło, brakowało mi emocji, było schematycznie i przewidywalnie, bez problemu domyśliłam się, jak to się skończy i zakończenie też nie powaliło mnie na kolana. Jeszcze na dodatek brakuje akcji przez większą część książki. Po trzeci tom być może sięgnę, ale jak już to później i tylko ze względu na Warnera.

Ocena: 5/10

A teraz muszę się wyżalić..


Kochani, błagam Wam o polecenie naprawdę jakieś bardzo dobrej książki, która zaskoczy mnie czymś nowym i przywróci wiarę w oryginalne powieści. Potrzebuję czegoś naprawdę świetnego, co da mi kopa do czytania, bo powoli czytanie zaczyna mnie nudzić, gdy natykam się na takie książki. Ja nie wierzę, że to piszę, ale tak właśnie jest. Nie wiem, co się stało, może potrzebuję odpoczynku, może mam gorsze dni, ale strasznie źle się z tym czuję i tracę ochotę na poznawanie nowych książek.  W ogóle ostatnio mam strasznego pecha do średnich lektur i irytuję się coraz bardziej, gdy kolejna książka nie spełnia moich oczekiwań.

Przepis na dobrze sprzedającą się młodzieżówkę? Trójkąt miłosny z niezdecydowaną i użalającą się nad sobą bohaterką i pomysły zaczerpnięte z bestsellerów. Może są czytelnicy, których takie książki w stu procentach satysfakcjonują i nigdy im się nie nudzą, ja jednak już pasuję i mówię zdecydowane STOP! Czym więcej czytam, tym bardziej wymagająca jestem.

Mam dość i robię sobie przerwę od młodzieżówek. No chyba, że ktoś poleci mi coś naprawdę genialnego i fantastycznego, co mnie oczaruje.

13.12.2014

Językowo: nauka angielskiego po angielsku (engVID.com)

Wszelkie ćwiczenia dotyczące rozumienia ze słuchu są dla mnie bardzo nieprzyjemne. Powód? Bardzo prosty: ja po prostu nie rozumiem ze słuchu. Zawsze z kartkówek z gramatyki, czy też słówek albo czytania ze zrozumieniem zbieram dobre oceny. Jednak gdy przychodzi test ze słuchania ze zrozumieniem to często brakuje mi punktów do dwói. Strasznie mnie to denerwuje, bo przecież rozumienie ze słuchu to jest podstawa i bez tej umiejętności język jest właściwie nieprzydatny. Bo co z tego, że umiem słówka, ale nie potrafię ich wyłapać w zdaniu.

Nie ukrywam, że nie lubię ćwiczyć słuchania ze zrozumieniem, bo zawsze wtedy mam ochotę rzucić tę całą moją naukę i się załamywać. Wiem, że samo się nic nie zrobi i muszę ćwiczyć do skutku, ale gdy coś mi nie wychodzi to moja motywacja niebezpiecznie spada. Już jest lepiej niż było, coraz więcej rozumiem, ale pod warunkiem, że widzę osobę, z którą rozmawiam albo oglądam jakiś filmik na Youtube. Jak czegoś nie rozumiem to przynajmniej pomaga mi gestykulacja danej osoby.

I tak właśnie uczę się słuchania ze zrozumieniem, czyli oglądam różne filmy. Najczęściej są to kanały kosmetyczne, ale dzisiaj nie o tym, a o specjalnych kanałach, dzięki którym możemy uczyć się angielskiego po angielsku.

Filmiki te dostępne są na Youtube, ale pochodzą ze strony engVID.com.

O co chodzi?
Mamy 10 nauczycieli (nie wszyscy już nagrywają) języka angielskiego, którzy w swoich filmikach uczą  nas angielskiego po angielsku. Jedni skupiają się bardziej na słownictwie, inni na gramatyce itd. Fajne jest to, że po obejrzeniu każdego takiego filmiku na ich stronce czeka na nas test sprawdzający, ile zrozumieliśmy. Ponadto w opisie pod każdym filmikiem mamy transkrypcję, więc można śledzić tekst. Ja raczej tego nie robię, staram się zrozumieć bez tego i tak też polecam robić.

Teraz pokażę Wam po jednym, losowo wybranym filmie każdego nauczyciela:

Alex (uwielbiam jego lekcje)

Ronnie:

Benjamin:

Valen:

Adam:

James:

Jade:

Rebecca:

Emma:

Jon:

Postanowiłam sobie, że każdego dnia zobaczę przynajmniej jeden filmik i w taki sposób będę ćwiczyła swoje rozumienie ze słuchu, a przy okazji się uczyła czegoś nowego. Bo dotychczas oglądałam te filmiki raz na jakiś czas, najczęściej wtedy, gdy pojawiały się jakieś nowe. Myślę, że codzienna nauka da lepsze rezultaty.

Na stronie engvid.com znajdziemy podział filmów ze względu na kategorie, poziom i nauczyciela, więc jeżeli macie konkretne wytyczne to warto skierować się tam, a nie szukać na Youtube. Na stronie mamy także dodatkowo różne materiały, które można sobie wydrukować i wykorzystać do pracy (opcja dla nauczycieli).

Jestem bardzo ciekawa, w jaki sposób Wy ćwiczycie umiejętność rozumienia ze słuchu i czy także macie takie problemy jak ja. Dajcie znać, czy uważacie takie filmiki za pomocne, a może wolicie zobaczyć zwykły, nieedukacyjny film. 

Więcej postów dotyczących nauki języków znajdziecie w kąciku językowym - KLIK

10.12.2014

Tahereh Mafi - Dotyk Julii

Tytuł: "Dotyk Julii"
Autor: Tahereh Mafi
Ilość stron: 336
Wydawnictwo: Otwarte














Chyba normą już jest, że wszystkie znane i popularne książki zawsze czytam z dużym opóźnieniem. Dzisiaj prezentuję swoją opinię na temat "Dotyku Julii". Lepiej późno niż wcale, prawda?

Julia jest niezwykłą dziewczyną, ale też bardzo niebezpieczną. Dlaczego? Posiada dar, który pozwala jej zabijać, a konkretnie zabija samym dotykiem. Dziewczyna siedzi zamknięta w szpitalu psychiatrycznym i jest kompletnie odizolowana od innych. Jednak pewnego dnia do jej celi trafia Adam, który wygląda Julii znajomo. Jak rozwinie się ta znajomość?

"Dotyk Julii" to taka typowa książka młodzieżowa z dystopijną wizją przyszłości i romansem, który zaczyna wysuwać się na pierwszy plan . W sumie to nie zachwyciła mnie ona aż tak bardzo, jak tego oczekiwałam, ale liczę na to, że w kolejnej części będzie dużo lepiej i ciekawiej. Początki bywają różne, a zakończenie tej części skutecznie zachęciło mnie po sięgnięcie po kolejny tom, bo jestem ciekawa, jak to się dalej rozwinie.

Bohaterowie nie powalają oryginalnością, to wszystko już było. I Julia, i Adam są dla mnie zbyt bardzo idealni, nazwałabym ich nawet trochę sztucznymi, brakuje im też wyrazistości, ale może w dalszych częściach coś się zmieni. Natomiast podobał mi się czarny charakter, czyli Warner, bo jest zdecydowanie najbardziej interesujący. Ogólnie występuje tutaj mocny podział na dobre i złe charaktery, a brakuje postaci pośrodku.

Muszę wspomnieć o stylu autorki, który bardzo mi się podoba. Nie brakuje metafor, wszystko jest bardzo obrazowo opisane, zwłaszcza na początku, gdy poznajemy uczucia towarzyszące Julii. W ogóle początek to zdecydowanie najmocniejsza część całej książki, później jest już słabiej, bardziej przewidywalnie i schematycznie.

Książka jest lekka, ale w końcu to młodzieżówka. Czytało mi się ją bardzo dobrze i przyjemnie, jest idealna na odstresowanie i ciężkie dni. Sama historia mnie zainteresowała. Chociaż miejscami jest trochę nudno, to wybaczam, bo to przecież dopiero pierwsza część. A potencjał jest, więc wierzę, że zostanie dobrze wykorzystany.


Ocena: 6/10

06.12.2014

Linwood Barclay - Na własne oczy

Tytuł: "Na własne oczy"
Autor: Linwood Barclay
Ilość stron: 550
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc














"Na własne oczy" to moja pierwsza  książka pana Barclay'a. Zanim wpadła w mojej ręce, to nie słyszałam w ogóle o tym autorze. Jak wrażenia?

Trzydziestokilkuletni Thomas Kilbride cierpi na schizofrenię. Nie wychodzi z domu, właściwie to nawet rzadko opuszcza swój pokój. Każdy jego dzień wygląda dokładnie tak samo. Thomas ma niezwykłą pasję i misję do wykonania. Za pomocą programu Whirl360, mężczyzna podróżuje po całym świecie i uczy się na pamięć wszystkich ulic na świecie. Twierdzi bowiem, że wykonuje tajną misję dla CIA i gdy podczas ataku terrorystów znikną wszystkie mapy, to będzie on jedyną osobą, która będzie w stanie pomóc.
Podczas jednej z takich wirtualnych podróży, Thomas odkrywa coś strasznego. Jest prawie pewny, że został świadkiem morderstwa.

Ostatnio często trafiam na książki, o których sama nie wiem, co mam myśleć. Z jednej strony mi się podobają, ale po przeczytaniu ostatniej strony sama nie wiem, co o nich powiedzieć. Książka jest według mnie nierówna. Miejscami czytanie się dłuży, zwłaszcza na początku, bo tak naprawdę coś konkretnego zaczyna się dziać dopiero pod koniec. Ponadto niektóre wątki były po prostu przewidywalne i nie było tak lubianych przeze mnie elementów zaskoczenia. Brakowało także napięcia i uczucia grozy. Czytanie pozbawione było emocji, a książka szybko pójdzie w zapomnienie. Może film na podstawie tej powieści zainteresowałby mnie bardziej.

Mimo tych wad książka nie jest taka zła, a to za sprawą głównego bohatera. Przyznam szczerze, że jakoś mnie tak ta postać przyciągała do siebie. Bardzo spodobał mi się pomysł z tymi mapami, dla mnie było to coś nowego i oryginalnego. Miejscami sama nie wiedziałam, co jest chorą wyobraźnią bohatera, a co dzieje się w książce naprawdę.


Ocena: 5/10

04.12.2014

Laura Summers - Lato opowieści

Tytuł: "Lato opowieści"
Autor: Laura Summers
Ilość stron: 311
Wydawnictwo: Akapit














Sięgnęłam po tę książkę w ciemno, bo nie znalazłam żadnych jej recenzji, a opis z tyłu okładki niezbyt dużo mówi. I niestety się zawiodłam.

Książka opowiada o dwóch siostrach, Ellie i Grace, które razem ze swoją matką uciekają z domu przed ich własnym ojcem, który znęca się nad całą rodziną. Dziewczyny razem z mamą próbują ułożyć sobie życie na nowo i zapomnieć o problemach, ale nie będzie to takie proste.

Książka nie jest zła, ale według mnie jestem chyba troszeńkę za stara do jej czytania. Jest raczej do młodszych nastolatek i mniej wymagających czytelników. Owszem, porusza ważne problemy, ale ja przeczytałam już wiele tego typu powieści i z każdą taką pozycją poprzeczka jest coraz wyżej. Tutaj brakowało mi głębi, lepszego rozwinięcia wątków. Trochę tak po łepkach jest to wszystko napisane. A może ja jestem zbyt wymagająca?

Przejdę teraz do bohaterów i przyczepię się, bo są niezbyt dokładnie wykreowani. Brakowało mi w nich jakieś takiej oryginalności, czegoś, co pozwoliłoby mi ich zapamiętać na dłużej. Liczyłam na tematy do rozmyślań, a tego niestety nie zaznałam. Owszem, temat, jaki porusza autorka jest ważny i trzeba o tym mówić, bo przemoc w rodzinie jest coraz częstszym zjawiskiem. Mnie jednak nie spodobała się sama forma. No i jeszcze ta okładka, która nijak pasuje do treści, tytuł zresztą podobnie.

Może młodszymi czytelnikami ta książka wstrząśnie, mnie jednak nie zaskoczyła niczym, za serce też szczególnie mnie nie chwyciła. Czytało się ją szybko i całkiem przyjemnie, ale na długo w mojej głowie nie zostanie. Dla mnie jest przeciętna.

Ocena: 5/10

30.11.2014

Podsumowanie listopada


Jutro pierwszy dzień grudnia, a już za niedługo święta. Święta to jedyna rzecz, którą lubię w zimie. Poza tym nienawidzę tej pory roku, bo stan zdrowia nie pozwala mi wtedy na normalne funkcjonowanie. Także ja już nie potrafię się doczekać wiosny i lata.

Listopad minął mi bardzo szybko i pracowicie, bo już za kilka dni kończy mi się pierwszy semestr w szkole. Z tego też powodu miałam sporo testów i kartkówek, więc i na książki brakowało czasu. Jestem jednak zadowolona z wyniku, bo jest lepszy niż w ubiegłym miesiącu  (jednak czytanie w autobusie swoje robi) .

Co przeczytałam w listopadzie?
1. Jon Lier Horst - "Jaskiniowiec"
2. Stefan Darda - "Czarny wygon. Słoneczna dolina"
3. Patrycja Flejszer - "Maska pozornego szczęścia"
4. C.J Daugherty - "Dziedzictwo"
5. C.J Daugherty - "Zagrożeni"
6. Laura Summers - "Lato opowieści"
7. Marek Wałkuski  - "Wałkowanie Ameryki"
8. Wojciech Cejrowski - "Gringo wśród dzikich plemion"
9.Wojciech Cejrowski - "Rio Anakonda"

Razem 3016 stron, co daje średnio 100 stron dziennie.

Przeczytałam także dwa magazyny English Matters, o których pisałam TUTAJ.


W listopadzie po raz pierwszy zdarzyła mi się bardzo niemiła sytuacja w związku ze skrytykowaniem pewnej książki polskiej autorki. No cóż, kiedyś to musiało nastąpić, mam jednak nadzieję, że sprawa jest już skończona. Niesmak mi jednak pozostał.

Jeszcze wspomnę o mojej nauce języka. Z portalu Memrise.com nadal korzystam i uczę się tam codziennie. Postanowiłam sobie, że do końca grudnia na moim koncie pojawi się liczba 3000 poznanym słówek. Czyli muszę codziennie nauczyć się około 10 nowych, żeby taki wynik osiągnąć. Dam radę, a co!


I jeszcze wspomnę o Dniu darmowej dostawy, który odbędzie się 2 grudnia, czyli w najbliższy wtorek. Udział bierze dużo sklepów, w tym także różne księgarnie. Płaci się wtedy tylko za towar, a dostawa jest całkowicie za darmo. Warto skorzystać:)  (tutaj stronka: http://www.dziendarmowejdostawy.pl/)

Jak Wam minął listopad? Jesteście zadowoleni ze swoich wyników?

29.11.2014

Wojciech Cejrowski - Rio Anakonda

Tytuł: "Rio Anakonda"
Autor: Wojciech Cejrowski
Ilość stron: 455
Wydawnictwo: Zysk i S-ka














Mam tak, że jak spodoba mi się książka danego autora to jak najszybciej chcę poznać jego kolejne pozycje. Tak właśnie jest u mnie w przypadku pana Cejrowskiego. Ledwo skończyłam czytać "Gringo wśród dzikich plemion", a od razu sięgnęłam po kolejną jego książkę - "Rio Anaconda".

W "Rio Anaconda" Wojciech Cejrowski ponownie zabiera nas w podróż po Dzikich Ziemiach. Odbędziemy wyprawę do amazońskiej dżungli w poszukiwaniu ostatniego plemienia Dzikich.

Jak mam być szczera to jakoś bardziej podobała mi się poprzednia książka, czyli "Gringo wśród dzikich plemion". Ta już nie ma w sobie tego czegoś szczególnego i podobała mi się zdecydowanie mniej.  Było tu dużo sytuacji, w których autora, w mojej opinii, trochę poniosła fantazja. Wydaje mi się, że jest tutaj więcej fikcji niż w "Gringo...", za dużo tu tej dziwnej magii, w którą osobiście nie wierzę, a za mało o takim zwyczajnym życiu Indian. I niestety jest nudniej; byłby opisy, które po prostu bez żalu pomijałam. Trochę mi się dłużyła ta książka i nie pochłaniałam jest z jakimś szczególnym zainteresowaniem. Miałam uczucie, że ciągle czytam o tym samym.

Zaczęłam dosyć negatywnie, ale oczywiście książka ma swoje plusy. Nie brakuje w niej specyficznego humoru, w moim wydaniu są bardzo fajne zdjęcia, które oglądałam po kilka razy. Dowiedziałam się też czegoś nowego i ciekawego, ale w ogólnym rozrachunku książka jest po prostu przeciętna i jak dla mnie zbyt bardzo przechwalona. Może gdybym czytała ją jako pierwszą to oceniłabym ją wyżej. Nie zniechęcam się jednak i w przyszłości na pewno sięgnę po kolejne książki pana Wojtka.


Ocena: 5/10


 Polacy nie gęsi
Wyzwanie biblioteczne 

26.11.2014

Wojciech Cejrowski - Gringo wśród dzikich plemion

Tytuł: "Gringo wśród dzikich plemion"
Autor: Wojciech Cejrowski
Ilość stron:  304
Wydawnictwo: Bernardinum














Jak mam być szczera to nigdy mnie szczególnie do literatury podróżniczej nie ciągnęło. Lubię podróże, ale preferuję raczej te bliższe, najczęściej w kraju. Dlaczego więc sięgnęłam po książkę pana Cejrowskiego?  Ostatnio na wielu blogach recenzowana była jego najnowsza powieść i czytałam tyle pozytywnych słów aż zapragnęłam ją poczytać. Jednak na początek zdecydowałam się na "Gringo wśród dzikich plemion". I wiecie co? Nie sądziłam, że aż tak bardzo przypadnie mi do gustu.

 Kim jest gringo? Gringo to w Ameryce łacińskiej określenie białego człowieka. I takim właśnie gringo jest Wojciech Cejrowski, który zabiera nas ze sobą do niezwykle intrygującego świata Indian.

 Trochę miałam wątpliwości, czy książka mi się spodoba, a programów Cejrowskiego raczej nie oglądałam (chociaż teraz pewnie się to zmieni i nadrobię zaległości), więc nie do końca wiedziałam, czego mam się spodziewać. Jednak już po przeczytaniu pierwszych stron wiedziałam, że się nie zawiodę. Na uwagę zasługuje styl autora, który jest absolutnie świetny i taki gawędziarski, że nie można się oderwać od czytania. W dodatku w książce nie brakuje dawki humoru, a niektóre sytuacje naprawdę potrafią rozbawić. Język jest cięty, nie brakuje też ironii. Pan Wojtek ma naprawdę dar opowiadania. Na uwagę zasługują także przypisy tłumacza.

Momentami czytanie tej książki lekkie nie było. No cóż, czytanie o jedzeniu ogromnych mrówek delikatnie mnie obrzydzało. Wcześniej wspomniałam, że nie brakuje tutaj humoru, ale pojawiają się także sytuacje bardzo niebezpieczne, w których nie ma niczego śmiesznego, a raczej serce w czytelniku zamiera. Czytają tę książę czułam się tak jakbym była tam z panem Cejrowskim i razem z nim to wszystko oglądała i przeżywała.

Bardzo podziwiam pana Cejrowskiego, bo ja nigdy nie odważyłabym się na tak egzotyczne i niebezpieczne podróże. Naprawdę podziwiam i szanuję za jego pasje i spełnianie marzeń.

"Różnica między ludźmi, którzy realizują swoje marzenia, a całą resztą świata nie polega na zasobności portfela. Chodzi o to, że jedni przez całe życie czytają o dalekich lądach i śnią o przygodach, a inni pewnego dnia podnoszą wzrok znad książki, wstają z fotela i ruszają na spotkanie swoich marzeń."
Chcę więcej, oj chcę. Kolejna książka już czeka na przeczytanie, a ja nie potrafię się doczekać. I chociaż nigdy Cejrowskiego nie darzyłam ogromną sympatią to przyznać muszę, że autorem jest świetnym. 


Ocena: 8/10

Polacy nie gęsi
Wyzwanie biblioteczne 

24.11.2014

Marek Wałkuski - Wałkowanie Ameryki

Tytuł: "Wałkowanie Ameryki"
Autor: Marek Wałkuski
Ilość stron: 312
Wydawnictwo: Editio












Ameryka zawsze mnie ciekawiła, więc chciałam dowiedzieć się o niej czegoś więcej, zobaczyć jak się tam tak naprawdę żyje. Z książka pana Marka zdecydowanie mi się to udało.

"Wałkowanie Ameryki" to książka w całości poświęcona Ameryce i Amerykanom. Znajdziemy tutaj mnóstwo danych, statystyk i ciekawostek, o większości których nigdy wcześniej nie słyszałam (np. kościoły i kina samochodowe). Ameryka to mieszanka kulturowa i wielokrotnie podczas czytania byłam zdziwiona i zaskoczona, a miejscami nawet zazdrosna, że u nas tak nie jest. Ta książka zawiera odpowiedzi na wszystkie możliwe pytania, które przyszły mi do głowy w związku z Ameryką. Możemy przeczytać m.in. o religii, polityce, gospodarce, życiu codziennym, zwyczajach Amerykanów itd.

 Ta książka to taki zbiór wiedzy o Ameryce, może i trochę suchy, może miejscami nużący, ale starannie i dokładnie przygotowany. Były rozdziały, które mnie nie interesowały, ale je po prostu pomijałam. Większość natomiast czytałam z przyjemnością. Brakuje mi tu jednak osobistych wspomnień autora, jego refleksji, a szkoda, bo lektura byłaby jeszcze lepsza. Może doczekamy się i takiej książki, kto wie. Statystyk natomiast nie brakuje, bo to na nich opiera się cała książka. Ja po przeczytaniu tej pozycji inaczej patrzę na USA, poznałam je trochę z innej strony niż dotychczas mi się kojarzyło.

Jeżeli tylko jesteście zaciekawieni kulturą Ameryki to warto do tej książki sięgnąć. Jestem pewna, że dowiecie się czegoś interesującego.

Ocena: 7/10

Polacy nie gęsi

22.11.2014

Cora Carmack - Coś do stracenia


Tytuł: "Coś do stracenia"
Autor: Cora Carmack
Ilość stron: 204
Wydawnictwo: Jaguar
Tom: I












Sama się sobie dziwię, że sięgnęłam po tę książkę, bo na ogól unikam takowych lektur. Jednak przeczytam wiele pozytywnych recenzji, ciągle się na tę książkę natykałam, więc stwierdziłam, że dam jej szansę.

Bliss Edwards ma nieco ponad dwadzieścia lat i ma poważny problem; jeszcze jest dziewicą i z tego powodu źle się czuje. Chce szybko pozbyć się swojego kłopotu, więc za radą swojej przyjaciółki Kelsey, idzie do baru i postanawia zapolować na jakiegoś mężczyznę, który poradzi sobie z jej problemem. Na miejscu poznaje przystojnego Garricka, ale jest pewien problem. Okazuje się on jej wykładowcą.

Książka jest u nas w Polsce dosyć kontrowersyjna, z tego co zauważyłam w recenzjach. Ale powiem Wam, że czytałam kiedyś notkę na blogu Polki mieszkającej w USA (linka dam Wam na końcu posta) i w Stanach Zjednoczonych podobno pytanie "Are you a virgin?" jest na porządku dziennym. No a autorka tejże książki jest właśnie Amerykanką, więc warto na to spojrzeć w ten sposób. Ja jestem w stanie uwierzyć, że dziewictwo jest tam powodem do wstydu. Wiadomo, że w Polsce trochę inaczej na to się patrzy, mamy inną mentalność.

Książka jest bardzo lekka i dobra na gorszy dzień. Przyjemnie mi się ją czytało, było troszeczkę humorystycznie, ale spodziewałam się jednak czegoś lepszego. Jest to raczej przeciętna, lekka powieść, ale nic poza tym. Może nie jestem najlepszą osobą do jej oceniania, bo rzadko sięgam po romanse i nie do końca lubuję się w takiej literaturze, ale tutaj jest niestety trochę przewidywanie i wiadomo, jak to wszystko się potoczy. Pomysł był fajny, bo romans uczennicy i nauczyciela to intrygujące połączenie (chociaż coraz bardziej oklepane), ale gorzej z realizacją. Zabrakło tutaj emocji, nutki ostrości, miejscami było po prostu nijako.

Obiecany link: http://stayy-positive.blogspot.com/2014/01/a-ty-jestes-jeszcze-dziewica.html

Ocena: 5/10

Książkę przeczytałam miesiąc temu, ale mam ogromne zaległości w regularnym publikowaniu postów. Teraz jeszcze mnie czytam, bo niestety koniec pierwszego semestru, który mam w połowie grudnia, robi swoje i częściej czytam podręczniki niż przyjemne książki. Ale w grudniu będzie już lepiej pod tym względem, przynajmniej taką mam nadzieję.

19.11.2014

C.J. Daugherty - Zagrożeni

Tytuł: "Zagrożeni"
Autor: C.J. Daugherty
Ilość stron: 384
Wydawnictwo: Otwarte
Tom: III













"Zagrożeni" to trzeci tom, dlatego w poniższej recenzji obecne mogą być spoilery z poprzednich części!

Allie bardzo cierpi po zabójstwie swojej przyjaciółki Jo i za wszelką cenę pragnie zemsty na jej mordercy. Postanawia działać na własną rękę, więc ucieka ze szkoły. Szybko jednak zostaje złapana i z powrotem wraca do Cimmerii. Tam, wraz ze swoimi przyjaciółmi,  próbuje znaleźć szpiega Nathaniela.

Przy recenzowaniu drugiego tomu napisałam, że w kolejnym będę oczekiwała czegoś ekstra. Poprzeczkę postawiłam wysoko, pragnęłam czegoś nowego i innego niż dotychczas, oczekiwałam ciągłej akcji. W "Zagrożonych" sporo się dzieje, nie brakuje Nathaniela i jego zagrywek. Jest całkiem ciekawie, trochę się wyjaśnia, ale najważniejsze kwestie oczywiście nie zostały jeszcze zdradzone, a na odpowiedź pewnie trzeba będzie poczekać do piątego tomu. Mam tylko nadzieję, że nie będzie to przeciągane na siłę, bo zaczynam się tego trochę obawiać. Początek jest trochę nudniejszy, na rozwój wydarzeń trzeba poczekać. Oczywiście najlepsza i najbardziej trzymająca w napięciu jest końcówka, w środku różnie z tym bywało.

W wątku miłosnym natomiast niewiele się zmieniło. Allie nadal nie wie, czego chce, nie potrafi rozpoznać swoich uczuć. Na szczęście nie irytowała mnie już tak bardzo jak w poprzedniej części, bo trochę jednak zmądrzała.

Kurcze, ja sama nie wiem, co sadzić o tym tomie.Chyba zaczynam tracić sympatię do tej serii. Niby jest ciekawie, ale zaczynam się coraz bardziej irytować, a moje oczekiwania nie są do końca spełnione. Szkoda, wielka szkoda, ale szczerze powiedziawszy, mimo ciekawego zakończenia, jakoś nie mam ochoty na dalszą część. Przynajmniej nie w tym momencie. Może za jakiś czas sięgnę do kolejnego tomu. Na razie sobie odpocznę od tej serii.


Ocena: 5/10

15.11.2014

English Matters nr 49 i wydanie specjalne Only Women

 Dzisiaj zaprezentuję Wam dwa najnowsze numery English Matters: numer 49 i wydanie specjalne przeznaczone specjalnie dla kobiet.

Numer 49

Numer jest bardzo fajny ze względu na zawarte w nim teksty. Na samym początku, właściwie na rozgrzewkę, mamy horoskop, który należy potraktować z przymrużeniem oka. Później, w dwóch obszernych artykułach, pojawia się Benedict Cumberbatch, wcielający się w rolę Sherlocka Holmesa w słynnym serialu. Najpierw przeczytamy o samym aktorze, a później o serialu. To będzie nie lata gratka dla fanów tego serialu. 

W dziale Language znajdzie się także coś ciekawego dla moli książkowych, ponieważ mamy okazję poznać kilkanaście słów stworzonych przez pisarzy, które weszły do współczesnego słownika.

Od pewnego czasu w English Matters pojawia się dział, który skupia się w szczególności na nauce języka, analizowane są sytuacje z życia codziennego. W aktualnym numerze mamy rozmowę przez telefon, czyli jak się przedstawić, poprosić kogoś do telefonu itd. Bardzo lubię ten dział.

Ale to oczywiście nie wszystko, bo pojawiają się jeszcze inne teksty. Mamy możliwość przeczytania o vlogach i vlogowaniu, a przy okazji poznać ciekawe kanały na Youtube dotyczące nauki angielskiego, obecny jest także wywiad z Markiem Wałkuskim, autorem książki o Ameryce pt. "Wałkowanie Ameryki" (tak swoją drogą to chętnie bym ją przeczytała).

 Co jeszcze w tym numerze? Poruszony został temat emerytur w UK, który jest niestety nudny i trudny pod względem słownictwa, niewiele z niego zrozumiałam, niestety. Natomiast w dziale Technology kilka słów na temat niezwykłego pojazdu, a dla wielbicieli podróży - krótka, ale niezwykle urokliwa wycieczka po Pekinie.

A na sam koniec mała motywacja, a raczej przypomnienie, że zimą również powinno się o formę dbać, by lato przywitać pięknie wyrzeźbionym ciałem. Przeczytamy trochę o siłowni oraz słynnych instruktorkach fitnessu, z którymi i ja przez pewien czas ćwiczyłam przed ekranem komputera.

Do magazynu jest także dodatek z zimowymi idiomami, który pobrać można ze strony internetowej producenta.


Wydanie specjalne - Only women

Specjalnie dla kobiet, English Matters stworzyło obecne wydanie specjalne. Także panowie raczej się w nim nie odnajdą i zadowolić się będą musieli wydaniem normalnym albo własnym wydaniem specjalnym, który również dostępny jest już w sprzedaży.

Fakt, że wydanie przeznaczone jest tylko dla kobiet nie oznacza, że znajdziemy tutaj ploteczeki z życia gwiazd, czy porady odnośnie ubioru w tym sezonie, co to, to nie. Numer jest super zrobiony, a artykuły trafione.

Każda kobieta lubi o siebie dbać, więc często sumy wydawane na kosmetyki mogą przerażać. A gdyby tak zajrzeć do lodówki i zrobić samemu coś naturalnego? English Matters ma dla nas kilka przepisów. Mamy także trochę słów o botoksie oraz o sprzedaży osobistej, czyli o firmach takich jak Avon czy Oriflame. Tutaj jednak się rozczarowałam, bo niezbyt mnie ten tekst zaciekawił.

Przyjemnie czytało mi się także o idealnych kobietach według mężczyzn różnych narodowości. Przeważają opinie Polaków, ale znajdą się panowie także z innych krajów. Później artykuł o tym, jak rozpoznać, czy osoba, która nas interesuje jest homoseksualna. Pojawia się także analiza piosenki. Tym razem pod uwagę wzięto utwór: "Kiss from a Rose" Seala.


 O czym jeszcze przeczytamy? O słynnych celebrytach: Channingu Tatumie oraz Mirandzie Kerr, przeniesiemy się do romantycznego Nottinghamu, poznamy informacje na temat piżamy, odkryjemy ciekawe strony internetowe dla kobiet oraz dowiemy się, w jaki sposób otrzymać podwyżkę i dlaczego panie mają z tym większe problemy niż mężczyźni.


Oba numery oceniam pozytywnie, fajnie się czytało. Wiadomo, że jedne artykuły przypadły mi do gustu bardziej, drugie mniej, ale całość jest naprawdę na wysokim poziomie i pomaga w nauce języka angielskiego.

Za możliwość przeczytania dziękuję wydawnictwu Colorful Media.

Więcej postów dotyczących nauki języków znajdziecie w kąciku językowym - KLIK

13.11.2014

C.J. Daugherty - Dziedzictwo

Tytuł: "Dziedzictwo"
Autor: C.J Daugherty
Ilość stron: 440
Wydawnictwo: Otwarte
Tom: II













Wstyd się przyznawać, ale dopiero teraz miałam okazję zapoznać się z drugim tomem "Wybranych". Żałuję, że nie zrobiłam tego szybciej, bo jednak nie pamiętałam już wszystkich szczegółów z fabuły i oddaliłam się od bohaterów. Natomiast bardzo dokładnie pamiętam, jak czytałam pierwszą część, bo nie mogłam się od niej oderwać. A jak z drugim tomem?

  "Dziedzictwo" to drugi tom serii "Wybranych", dlatego recenzja może zawierać spoilery z poprzedniej części!

Kończy się przerwa wakacyjna, więc uczniowie wracają do prestiżowej szkoły z internatem - Akademii Cimmerii. Ze względu na tragiczne wydarzenia, jakie się w niej rozegrały, powrót nie należy do najłatwiejszych. Szkoła wymaga jeszcze remontu, a w nim pomagają uczniowie. Allie nie jest bezpieczna, więc dołącza do Nocnej Szkoły, która ma jej nauczyć samoobrony i radzenia sobie w trudnych sytuacjach.

Ze względu na długą przerwę pomiędzy czytaniem obu części nie będę ich zbytnio do siebie porównywała. Drugi tom bardzo mi się podobał i również niezwykle mnie wciągnął. Natomiast wydaje mi się, że w pierwszej części trochę więcej się działo, a akcja pędziła. Tutaj jest spokojniej, zwłaszcza na początku, a dopiero później wszystko powoli nabiera rozpędu. Jednak nie można mówić o nudzie, co to, to nie. Kontynuacja trzyma poziom, pojawia się coś nowego, ale sądzę, że mogłoby być lepiej po tym względem. Szkoda, że niewiele się wyjaśnia w tej całej historii. Teraz jeszcze wybaczam, ale w trzecim tomie będę bardziej wymagająca i już teraz zapowiadam, że oczekuję czegoś niezwykłego i przede wszystkim przełomowego.

O ile w poprzedniej części polubiłam Cartera, a Sylvain mnie irytował to tutaj jest odwrotnie. Oczywiście jest obecny wątek miłosny, a właściwie trójkąt, ale która młodzieżówka tego nie zawiera? W każdym razie niezdecydowanie Alli zaczynało mnie dosyć mocno denerwować. Może przydałaby jej się moneta, którą mogłaby rzucać przy niezdecydowaniu? Carter natomiast wkurzał mnie swoją chorobliwą zazdrością, więc moja sympatia do niego zaczynała się gdzieś ulatniać. Ponadto w  książce pojawiają się także nowi bohaterowie, a my mocno skupiamy się na młodziutkiej, ale niezwykle silnej i inteligentnej Zoe, która na początku nie wzbudziła mojej sympatii, ale później bardzo ją polubiłam.

Jeżeli nie mieliście jeszcze okazji poznać części pierwszej to bardzo zachęcam, bo jest to super seria młodzieżowa, ale i starsi mogą się przy niej dobrze bawić i przyjemnie spędzić czas.

Ocena: 7/10

11.11.2014

Patrycja Flejszer - Maska pozornego szczęścia

Tytuł: "Maska pozornego szczęścia"
Autor: Patrycja Flejszer
Ilość stron: 205
Wydawnictwo: Miasto Książek
Ebook













Poprzednią książkę, czyli debiut pani Patrycji, oceniłam wysoko, więc z przyjemnością zabrałam się za jej najnowszą powieść pt. "Maska pozornego szczęścia".

Daniel Cook nie ma łatwego życia; jego matka nie żyje, a ojciec jest pijakiem, który znęca się na nim fizycznie i psychicznie. Chłopak wagaruje, szuka szczęścia w imprezach i używkach. Ale potrafi też przybierać maski i kryć swoją trudną sytuację. Jest jeszcze Harley - dziewczyna z bogatej rodziny, której życie na pozór wydaje się idealne, ale jak jest w rzeczywistości? 

Z przykrością muszę stwierdzić, że nie czytało mi się łatwo tej książki, w pewnym momencie miałam ochotę ją zamknąć i już do niej nie wracać. Debiut był zdecydowanie lepszy, a tutaj po prostu coś nie wyszło.

Po pierwsze denerwował mnie styl autorki, a konkretnie wymyślanie, pewnie na siłę, synonimów. Zamiast używać imion bohaterów, autorka zastępowała je takimi słowami jak: blondynka, brunetka, jasnowłosa, niebieskooka itp. (Tutaj jeden z wielu przykładów: "Widząc, że jasnowłosa chce coś powiedzieć, natychmiast oznajmił")  I nie byłoby to nic złego, ale tutaj to po prostu jest aż nienaturalne i za każdym razem strasznie mnie to irytowało. W ogóle miałam wrażenie, że to wszystko jest tak strasznie topornie napisane i czytanie mnie po prostu męczyło. Przyczepie się także do błędów, bo niestety obecne są literówki i ciągle brakowało "ę" w słowie "chcę" dla pierwszej osoby liczby pojedynczej (np. "Nie chce cie").

Styl stylem, mogłaby wybaczyć, ale książka mi do gustu nie przypadła jeszcze z innego powodu. Według mnie brakuje w niej konkretnej akcji. Niby się tu coś dzieje, ale jednak wieje nudą. Owszem, poruszone są tutaj trudne i ważne dla nastolatków problemy i to się chwali, ale jest to zrobione w nieprzystępny sposób. Może to wynika z tego, że książka jest taka krótka, niektóre wątki wymagają rozwinięcia, a tutaj jest wszystko tak szybko, przeskakujemy z punktu do punktu i koniec. Tak naprawdę to ciężko mi było napisać krótki opis fabuły.

Kurcze, aż przykro mi wystawiać taką negatywną recenzję, biorąc po uwagę udany debiut autorki, ale trudno. Ja mimo wszystko przy następnej książce dam jej szansę, bo potencjał jest, ale jeszcze trzeba trochę popracować.


Ocena: 3/10

Za egzemplarz dziękuję autorce - Pani Patrycji Flejszer.

Wyzwania: 

09.11.2014

Jørn Lier Horst - Jaskiniowiec

Tytuł: "Jaskiniowiec"
Autor: Jørn Lier Horst
Ilość stron: 336
Wydawnictwo: Smak Słowa














Chyba nie ma osoby, która jeszcze o tej książce nie słyszała, bo ostatnio było o niej bardzo głośno, a jej recenzje zalewały blogosferę. Po tak wielu pozytywnych słowach po prostu musiałam po nią sięgnąć. Chociaż trochę tak dziwnie zaczynać czytanie od 9 tomu, bo na dzień dzisiejszy tylko taki został u nas w Polsce wydany. Horst porównywany jest do Nesbo. Ja pod tym kątem go nie ocenię, bo żadnej powieści pana Nesbo jeszcze nie miałam okazji czytać (tak, tak, wiem, że to wstyd).

Pewnego dnia, właściwie przypadkowo, zostają znalezione zwłoki starszego mężczyzny, który przez cztery miesiące po śmierci leżał w swoim fotelu w domu. Policja uznaje, że umarł z przyczyn naturalnych i ignoruje sprawę, ale córka policjanta, Williama Wistinga, pracująca jako dziennikarka, zainteresowała się tą sprawą i postanowiła napisać artykuł na temat samotności i poświęcić w nim uwagę zmarłemu.

Gdy Line pracuje nad artykułem, William Wisting ma sporo pracy, bowiem na plantacji jodły, zostają znalezione zwłoki mężczyzny. Tym razem jednak istnieje podejrzenie, że śmierć nie była nieszczęśliwym wypadkiem. Rozpoczyna się śledztwo i próba zidentyfikowania mężczyzny.

Akcja w książce toczy się spokojnie, ale z czasem nabiera tempa. Nie oznacza to jednak, że jest nudno. W ogóle mam wrażenie, że autorowi wcale na akcji najbardziej nie zależało, bo skupia się on raczej nad aspektami psychologicznymi, opisuje problem samotności i jego poważne skutki. Jednak ja czytałam o tym z przyjemnością i chociaż napięcie pojawia się praktycznie tylko na końcowych stronach to kompletnie mi to nie przeszkadzało i nie odczuwałam braku tego. Także jeżeli ktoś oczekuje ciągłych zwrotów akcji, nieopuszczającego napięcia i grozy to będzie zawiedziony, bo to nie o to w tej powieści chodzi.

Książka daje do myślenia. Jak bardzo trzeba być samotnym, żeby o czyjeś śmierci albo zniknięciu nikt się nie dowiedział? Powiem Wam, że dla mnie taka wizja śmierci jest po prostu przerażająca, bo chyba każdy chce zostawić po sobie jakiś ślad, zostać w czyiś wspomnieniach na zawsze i mieć świadomość, że ktoś będzie za nami tęsknił. A my mamy tutaj człowieka, którym kompletnie nikt się nie interesował, był strasznie samotny i opuszczony. Przerażające.

Wadą tej książki są niezbyt dopracowani główni bohaterowie, bo niewiele się można o nich dowiedzieć. Jednak trzeba wziąć pod uwagę, że to jest dziewiąty tom z tej serii, więc może w poprzednich byli lepiej opisani. Ale niestety w Polsce na dzień dzisiejszy mamy tylko "Jaskiniowca", a na wcześniejsze tomy trzeba jeszcze poczekać. W sumie to dziwne, żeby w taki sposób wydawać książki i trochę bezsensowny, ale cóż poradzić. Na szczęście nie ma żadnych spojlerów z poprzednich części.


Ocena: 8/10


Pora przestać się wstydzić, że nie znam twórczości Nesbo, więc proszę Was o polecenie jakieś jego dobrej książki. 

06.11.2014

Stefan Darda - Czarny Wygon. Słoneczna dolina

Tytuł: "Czarny Wygon. Słoneczna dolina"
Autor: Stefan Darda
Ilość stron: 269
Wydawnictwo:Videograf II
Tom: I













Witold Uchmann jest dziennikarzem po pięćdziesiątce, a jego życie, zarówno zawodowe i prywatne, nie należy do najłatwiejszych. Pewnego dnia dostaje maila od tajemniczego mężczyzny, który chce podzielić się z nim swoją historią. Witold postanawia ją poznać i wyjeżdża do malowniczego Roztocza. Na miejscu dostaje od niego plik kartek, na których zapisana jest straszna i niewiarygodna historia.

 Książka zaklasyfikowana została jako horror, więc spodziewałam się mocnych wrażeń. Niestety trochę się przeliczyłam, bo nieszczególnie poczułam się przestraszona. Chociaż był moment, w którym lekki strach poczułam. Ale jak chcę horror, to chcę prawdziwą, mocną książkę, po której będę się bała wyjść z pokoju i spać. Tu tego po prostu nie było.

W sumie to nie wiem, co mogłabym o tej książce napisać, bo z jednej strony historia jest intrygująca, miejscami czuć specyficzny klimat i atmosferę, ale brakowało napięcia i zaczynałam skupiać swoją uwagę nie tylko na czytaniu. Czuję się nie do końca usatysfakcjonowana po lekturze tej książki, może zbyt bardzo się nakręciłam, że ta powieść będzie fantastyczna, a teraz jestem zawiedziona. Nie twierdzę, że książka jest fatalna i beznadziejna, ale do świetności i cudowności sporo jej jeszcze brakuje. Jest po prostu mocno przeciętna i mnie po prostu nie ujęła.

Sama jeszcze nie wiem, czy sięgnę po drugi tom. Jeżeli tak, to tylko i wyłączenie z ciekawości. Natomiast nie zrażam się do autora, bo podobno ma na swoim koncie świetną książkę pt. "Dom na wyrębach".


Ocena: 5/10

Wyzwania:
Polacy nie gęsi

02.11.2014

Bogowie reż. Łukasz Palkowski

Tytuł: "Bogowie"
Reżyseria:  Łukasz Palkowski
Scenariusz: Krzysztof Rak
Produkcja: Polska
Gatunek: Biograficzny, dramat
Premiera: 10 października 2014 (Polska) 18 września 2014 (świat)
Czas trwania: 1 godz. 52 min.











Ostatnio bardzo głośno się o tm filmie zrobiło, ciągle czytałam pozytywne recenzje, więc szybko poszłam do kina, żebym sama się mogła przekonać o jego fenomenie.

"Bogowie" to opowieść o docencie Zbigniewie Relidze (Tomasz Kot), znanym polskim kardiochirurgu. Chce on wdrożyć program przeszczepów serca, ale nie jest to takie proste, bo natrafia na opór innych lekarzy. Gdy dostaje propozycję własnej kliniki w Zabrzu postanawia wykorzystać okazję i walczyć o ludzkie życia.

Zanim poszłam do kina nie byłam przekonana do pana Kota w tej roli. Jakoś tak go nie widziałam w tym filmie. Na szczęście nie było się czego obawiać, bo naprawdę rewelacyjnie wcielił się w swoją rolę i oglądało się go z przyjemnością. Filmowy Religa robi wrażenie. Mnie podobał się jego specyficzny humor i wytrwałe dążenie do celu, mimo wcześniejszych niepowodzeń. Pan Kot naprawdę idealnie do tej roli pasuje. Wszystko było idealnie dopracowane; mimika, temperament i postawa - naprawdę świetne. I to jeszcze zagrane w taki swobodny i lekki sposób, bez fałszu. Mamy okazję nie tylko spojrzeć na Religę od strony zawodowej, ale też prywatnej; często brakuje mu cierpliwości, jest porywczy, a nazwany został wariatem ze skalpelem.  Po prostu warto zobaczyć ten film, by wiedzieć, o czym piszę. Ciężko mi to wyrazić słowami. Według mnie gra aktorska to zdecydowany i najmocniejszy atut "Bogów".

Bardzo podobało mi się to, że film jest nakręcony w humorystyczny sposób. To naprawdę świetne uczucie, gdy wszyscy w sali kinowej śmieją się razem z Tobą z tego samego. Oczywiście to w głównej mierze zasługa głównego bohatera. Co prawda nie było łez wzruszenia, ale niewiele brakowało, by się pojawiły, zwłaszcza w samej końcówce.

Charakteryzacja również zasługuje na uznanie. Ja co prawda nie znam z autopsji tamtych czasów, bo urodziłam się dużo później, ale widziałam sporo zdjęć, więc mniej więcej orientowałam się chociażby w ubraniach. I tutaj to wszystko było świetnie odwzorowane,czuło się ten specyficzny surowy klimat. Za to duży plus. W ogóle jak tak patrzyłam na ciągle palącego Kota to po prostu miałam wrażenie, że wszędzie czuję zapach papierosów. Film godny Oskara.

"Bogowie" to naprawdę świetny, polski (!) film, który polecam obejrzeć. W dodatku niesie on przesłanie, bo zmusza widza do zastanowienia się nad swoją śmiercią, a konkretnie tym, co stanie się z naszymi narządami; czy zabierzemy je ze sobą do grobu, a może uratują czyjeś życie? Jest to bardzo ważna sprawa wymagająca przemyślenia.


Ocena: 10/10

31.10.2014

Podsumowanie października

Dzisiaj ostatni dzień października, więc pora na moje czytelnicze podsumowanie. Ale ten czas szybko płynie; za niedługo święta. Ale dzisiaj nie o tym, więc przechodzę do konkretów.


Co przeczytałam w październiku?

1. Krzysztof Koehler - "Wnuczka Raguela" KLIK
2. Sebley Priscille - "Obietnica gwiezdnego pyłu" KLIK
3. Janet Evanovich - "Przybić piątkę"
4. Cora Carmack - "Coś do stracenia"
5. Regina Brett - "Bóg nigdy nie mruga. 50 lekcji na trudniejsze chwile w życiu"  KLIK
6. Michael Katz Krefeld - "Wykolejnoy" KLIK
7. Anders Roslund, Börge Hellström - "Bestia" KLIK
8. Michelle Hodkin - "Mara Dyer. Tajemnica" KLIK

Filmy:
"Gwiazd naszych wina"  reż. Josh Boone KLIK
Byłam także w kinie na "Bogach", recenzja jeszcze nie napisana.

Językowo:
W ramach serii "językowo" opublikowałam następujące posty:

Memrise.com - miła nauka języków obcych i nie tylko KLIK
Brak celów = brak efektów KLIK

W październiku całkiem dobrze mi poszło jeżeli chodzi o czytanie. Myślałam, że będę miała znacznie mniej czasu na lekturę, a tu miła niespodzianka. 8 książek to całkiem dobry wynik. W ogóle strasznie przygnębia mnie obecna pogoda. Gdy wstaję rano to jeszcze jest ciemno, a jak wracam do domu to jest podobnie. Nigdy nie lubiłam okresu jesienno-zimowego.

Jak Wasze czytelnicze wyniki w październiku? 

29.10.2014

Michelle Hodkin - Mara Dyer. Tajemnica

Tytuł: "Mara Dyer. Tajemnica"
Autor: Michelle Hodkin
Ilość stron: 412
Wydawnictwo: YA
Tom: I













Ileż można się opierać książce, która zbiera tyle pozytywnych recenzji? No ile? Długo nie wytrzymałam, więc sama postanowiłam się przekonać, czy jest aż tak dobra, jak piszą o niej inni.

Mara Dyer budzi się w szpitalu i dowiaduje się, że jej przyjaciele umarli, a ona jedna wyszła cała z wypadku. Po wyjściu ze szpitala, dziewczyna próbuje zacząć swoje życie na nowo. Nie jest jej jednak łatwo, bo zespół stresu pourazowego daje o sobie znać. Nowa szkoła również przyniesie jej trochę problemów, ale na osłodę w jej życiu pojawi się pewien intrygujący przystojniak.

Z mojego opisu pewnie myślicie, że będzie to tani i banalny romans. Nie do końca. Owszem, wątek romantyczny jest obecny, ale to już standard jeżeli chodzi o tę kategorię książek. W sumie to tutaj jest bardzo schematycznie i można się domyślić, co się dalej stanie. Przyznaję jednak, że jakoś tak oczarował  mnie ten wątek i chociaż czytałam już wiele podobnych opowieści to ta ma sobie to "coś", co sprawia że czyta się to z przyjemnością i nie przeszkadza nawet ta schematyczność. Może i jest trochę słodko, ale do przyjęcia.

Wątek romantyczny nie byłby taki fajny, gdyby nie bohaterowie. Tutaj oczywiście nie będzie żadnego zaskoczenia, jeżeli napiszę, że Mara jest dziewczyną po przejściach, a Noah przystojniakiem, na widok którego szaleją wszystkie dziewczyny. W sumie to nic nowego, ale bardzo polubiłam bohaterów. Mara ma za sobą i przed sobą trudne chwile, a zespół wstrząsu pourazowego doprowadza ją do szaleństwa. No i jeszcze jest śmiertelnie niebezpieczna, ale to tylko taki szczegół. A Noah, no przyznaję, że fajnie by było takiego chłopaka w swoim życiu spotkać.

Książka zaintrygowała mnie od pierwszych stron, bo już samo wprowadzenie jest dosyć przerażające. Po takim początku już wiedziałam, że będę miała do czynienia nie tylko ze zwykłą miłosną historią. I chwała za to! A dalej jest jeszcze lepiej. W pewnych momentach nawet poczułam delikatny strach, a tego się kompletnie nie spodziewałam.

Ta książka to naprawdę świetna powieść młodzieżowa, na którą warto zwrócić uwagę. Oczywiście niektóre elementy są schematyczne, ale ten gatunek już tak ma. Ja czekam na kolejne tomy, bo zakończenie jest tak intrygujące i nieprzewidywalne, że po prostu trzeba sięgnąć po kolejne części.


Ocena: 8/10
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka