30.12.2014

Podsumowanie grudnia


źródło

Grudzień, tak jak każdy miesiąc, minął mi bardzo szybko, ale niezwykle przyjemnie. W szkole skończył się pierwszy semestr, więc przed świętami nie musiałam przejmować się ocenami. Przerwa świąteczna dobrze mi zrobiła i pozwoliła odpocząć oraz sprawiła, że ja (tak, JA) przekonałam się do oglądania filmów. Nie sądziłam, że to kiedykolwiek nastąpi, ale jednak. Teraz nadrabiam zaległości.

Grudzień kojarzy mi się przede wszystkim ze Świętami. Od dwóch lat jakoś nieszczególnie czuję ich magię. Czym jestem starsza, tym mniej umiem się nimi cieszyć. Może swoje robi też pogoda? Ja chociaż nie cierpię zimy, śniegu i mrozu, to lubię, gdy w Wigilię jest choć trochę biało.

Teraz pora  na książkowe i filmowe podsumowanie grudnia. Na początku nowego roku zrobię jeszcze całoroczne podsumowanie, opowiem też o moich postanowieniach noworocznych.

Przeczytane w grudniu:

1. Linwood Barclay - "Na własne oczy"
2. Tahereh Mafi - "Dotyk Julii"
3. Tatereh Mafi - "Sekret Julii"
4. Veit Etzold - "Cięcie"
5. Marissa Meyer - "Saga Księżycowa. Cinder"
6. Marissa Meyer - "Saga Księżycowa. Scarlet"
7. Andy Weir - "Marsjanin" (właściwie kończę czytać, ale przed styczniem zdążę na pewno)

 I jeszcze czytałam, ale nie przeczytałam do końca:

Terry Pratchet, Stephen Baxet - "Długa Ziemia" - ta książka to zupełnie nie maja bajka, odpuściłam sobie po 100 stronach i nie zamierzam do niej wracać.

Aleksandra Marinina - "Za wszystko trzeba płacić" - początek zapowiadał się świetnie, zastanawiałam się nawet, czemu ja tak późno po tę książkę sięgnęłam, ale później było gorzej. Ciągle się gubiłam, te wszystkie rosyjskie imiona i nazwiska były przeze mnie nierozróżniane, wszystko stało się tak zawiłe, że postanowiłam sobie odpuścić. Przeczytałam 180 stron.

Obejrzane w grudniu:
1. "Szkoła uczuć" reż. Adam Shankman 
2. "Choć goni nas czas" reż. Rob Reiner
3. "Benny i Joon" reż. Jeremiah S. Chechik
4. "Obecność" reż. James Wan
5. "Wszystko za życie" reż. Sean Penn
6. "Holiday" reż. Nancy Meyers
7. "American Beauty" reż. Sam Mendes

Nie o wszystkich pisałam, bo nie nadążałam tego robić. Zresztą nie chcę, by dominowały tutaj filmy. Zainteresowanych zapraszam na moje konto na Filmweb.pl - KLIK .

Nauka języków:

W zeszłomiesięcznym podsumowaniu postawiłam sobie wyzwanie. A mianowicie chciałam, by na moim koncie na stronie Memrise.com widniała liczba 3000 poznanych słówek. Udało się bez problemu, aktualnie jest to 3,251 słówek. Dodam, że to wynik od sierpnia tego roku, więc jestem z siebie dumna.Oby nie brakło mi motywacji. (O Memrise pisałam TUTAJ, więc jak toś jest ciekawy to zapraszam:))


Z serii językowo w tym miesiącu napisałam na temat nauki języka angielskiego po angielsku ze stroną engVID.com: KLIK

Pora już kończyć to podsumowanie, bo zrobiło się strasznie długie. Post publikuję już dzisiaj, bo jutro będę myślała pewnie tylko o Sylwestrze.

Korzystając z okazji chcę Wam życzyć udanego Sylwestra i Szczęśliwego Nowego Roku!



Do zobaczenia w nowym roku!

29.12.2014

Moje Instagramowe wyzwanie na nowy rok - #dailymoments

Kolejny nowy rok chcę przeżyć pozytywnie i skupić się na rozwoju. Rok temu na jakimś blogu zobaczyłam wyzwanie 100 Happy Days, w którym chodziło o uwiecznianie na zdjęciach pozytywnych chwil, pokazywanie tego, co w danym dniu sprawiło nam radość. I tak przez 100 dni. Ja swoje wyzwanie planuję przeciągnąć na cały rok. Co z tego wyjdzie? Zobaczymy.


 Tak naprawdę to od pewnego czasu myślałam o założeniu Instagrama (cel był początkowo inny, ale myślę, że mogę to połączyć w jeden), a nowy rok to najlepszy moment na działanie. Rok to kawał czasu, ale chcę spróbować. Może nie codziennie będę dodawała nowe zdjęcie, ale postaram się to robić.

Wyzwanie nie będzie dla mnie łatwe, ponieważ aparat nigdy moim przyjacielem nie był i rzadko z niego korzystałam. Teraz pewnie pojawi się pytanie, dlaczego w takim razie w ogóle chcę się w to bawić? Odpowiedź jest prosta; życie jest pełne świetnych chwil, o czym często zapominam. Chcę nauczyć się cieszyć z małych przyjemności i to wyzwanie ma mi w tym pomóc. Cel mam jeszcze jeden, ale ten zostawię już dla siebie.

Ciągle się jeszcze zastanawiam nad ustawieniami prywatności, ale jako że jestem osobą, która nie ma w zwyczaju relacjonowania w sieci każdej chwili swojego życia i ceniącą sobie prywatność (o ile o jakiejkolwiek prywatności można mówić, korzystając z internetu) to chyba zdecyduję się na prowadzenie Instagrama tylko dla siebie i ewentualnie udostępnienie go bliskim znajomym.
 

Może ktoś ma się ochotę przyłączyć i również taki lub podobny projekt wcielić w życie? Ja jestem strasznie ciekawa, czy rozbudzi to we mnie jakąś kreatywność i faktycznie nauczy dostrzegania pięknych chwil.

"Cieszmy się z małych rzeczy, bo wzór na szczęście w nich zapisany jest!"

28.12.2014

Wszystko za życie reż. Sean Penn

Tytuł: "Wszystko za życie" ("Into The Wild")
Reżyseria:  Sean Penn
Scenariusz:  Sean Penn
Produkcja: USA
Gatunek: Film biograficzny
Premiera: 4 kwietnia 2008 (Polska) 1 września 2007 (świat)












Christopher McCandless (Emile Hirsch) pochodzi z dobrego domu, osiąga świetne wyniki w nauce, jest wystarczająco zdolny, by studiować prawo na Harvardzie. Rodzice są zachwyceni, obiecują mu pomoc finansową i nowy samochód. Christopher ma jednak inne plany i postanawia wyruszyć na Alaskę, pozbywając się przedtem dokumentów i wszystkich pieniędzy. Wyrusza samotnie, nie informując rodziny, gdzie się wybiera. Pragnie wolności i za wszelką cenę do niej dąży.

Film zachwycił mnie bardzo szybko. Przede wszystkim zazdrościłam Christopherowi, że potrafił pozbyć się wszystkich dóbr i spontanicznie wyruszyć całkowicie sam w podróż swojego życia. Gratulowałam mu odwagi. Z jednej strony jego zachowanie można uznać za infantylne, zwłaszcza gdy weźmiemy pod uwagę wymagania, które stawia nam dzisiejszy świat. Bo dzisiaj wszyscy gonią za pieniędzmi, a szczęścia szukają w coraz to nowszych gadżetach. Porzucenie wszystkiego i wyruszenie na niezamieszkały teren wydaje się pewnie abstrakcją. Dla jednych będzie to głupota, inni pozazdroszczą tego czynu. Ja należę do tej drugiej grupy.  Ale osobiście nie pochwalam jego zachowania w stosunku do rodziny. Może ich relacjom do idealności brakowało bardzo dużo, ale czy tak trudno dać jakiś znak życia? Tak trudno czasami pomyśleć o swoich najbliższych?

Emile Hirsch, wcielający się w rolę Christophera, spisał się rewelacyjnie. Od razu go polubiłam, a w ostatnich scenach już całkowicie pokazał klasę swoją znakomitą grą aktorską. I jeszcze bardzo przypominał mi młodego Di Caprio, ale to taki szczegół.

Bardzo cenię sobie i książki, i filmy, które przedstawiają historie, które naprawdę się wydarzyły. I tak też jest w tym przypadku. Christopher McCandless naprawdę żył i faktycznie taką wyprawę odbył. I ja dzięki temu filmowi mogłam go poznać, bo wcześniej nawet o nim nie słyszałam.

Film jest dosyć długi, ja też oglądałam go późno, więc różnie z moją koncentracją było, no i na ogół wolę krótsze produkcje. Miejscami mi się dłużył, ale mimo to było w nim coś takiego hipnotyzującego i przyciągającego do obejrzenia do końca. I nie żałuję, że to zrobiłam, bo tak naprawdę to te ostatnie sceny chwytają za serce i mnie zmusiły do refleksji. Ciężko mi tak jednoznacznie napisać, o czym jest ten film. Bo początkowo wydawało mi się, że o spełnianiu marzeń, ale czym dłużej się nad tym zastanawiam, tym do innych wniosków dochodzę. Z jednej strony bohater pragnie wolności, ale gdy już ją osiąga to wszystko zaczyna się komplikować. Bo czy wolnością można nazwać samotność?

To jeden z tych filmów, o których nie pisze mi się łatwo, mam nawet wątpliwości, czy sama go dobrze zrozumiałam, dlatego myślę, że najlepszym rozwiązaniem będzie zachęcenie Was do jego obejrzenia. Na pewno jest to film z przesłaniem, a sama historia warta poznania.

Ocena: 8/10

27.12.2014

Marissa Meyer - Saga księżycowa. Scarlet

 Na bloga planowałam powrócić dopiero w nowym roku, ale stwierdziłam, że nie będę zwlekała, tym bardziej, że mam o czym pisać. Święta minęły mi bardzo szybko, ale przed nami jeszcze Sylwester, na który już bardzo czekam. Chciałam jeszcze podziękować Wam wszystkim za świąteczne życzenia.


Tytuł: "Saga księżycowa. Scarlet"
Autor: Marissa Meyer
Ilość stron: 496
Wydawnictwo: Egmont
Tom: II













"Scarlet" to drugi tom Sagi Księżycowej. Poniższy tekst może zawierać spoilery, więc czytasz na własną odpowiedzialność. Zapraszam Cię natomiast to recenzji pierwszej części, którą znajdziesz TUTAJ.

Tym razem przenosimy się do Francji, gdzie razem ze swoją babcią mieszka Scarlet Benoit. Bohaterkę poznajemy w trudnym dla niej momencie, ponieważ jej babcia zaginęła, a policja ignoruje sprawę i umarza śledztwo. Zdenerwowana dziewczyna postanawia przekonać policję do kontynuowania poszukiwań, ale w międzyczasie na jej drodze staje tajemniczy Wilk, który najprawdopodobniej ma jakieś informacje istotne dla Scarlet. Tylko czy można mu zaufać?

Tymczasem Cinder nie zamierza potulnie czekać na swój wyrok w więzieniu i postanawia opuścić jego mury. Przy okazji poznaje kapitana Thornea, który staje się jej sprzymierzeńcem i uciekają razem.

Gdy zaczęłam czytać to byłam trochę zdezorientowana, bo rozpoczyna się od całkowicie nowej historii i nieznanej bohaterki. Ale później już się uspokoiłam, bo kolejny rozdział był znowu poświęcony Cinder i wątek z poprzedniej części został kontynuowany. Na początku nie byłam przekonana, no bo jak tu pogodzić Kopciuszka z Czerwonym Kapturkiem? Jak to w ogóle połączyć? Moje obawy były jednak bezpodstawne, bo autorka dała sobie radę i zaciekawiła mnie równie mocno, co poprzednio. Oba wątki zostały sprawnie połączone, mimo iż początek nie wskazywał, by te dwie historie mogłoby mieć ze sobą coś wspólnego. Dobra robota. Chociaż do spotkania obu bohaterek mogło dość trochę szybciej, bo miejscami wszystko się dłużyło. W tej części zaczęłam jeszcze zauważać podobieństwo do "Królowej Śniegu".

Jako, że teraz mamy  Czerwonego Kapturka to jest i Wilk, i Babcia, ale oczywiście nie w tym wydaniu, które wszyscy dobrze znamy ze swojego dzieciństwa. Scarlet polubiłam, ale trochę mniej niż Cinder. Podobnie z Wilkiem i księciem Kaim, chociaż Wilk bardzo mnie intrygował i nie umiałam go rozgryźć. Z jednej strony niebezpieczny, ale i uroczy. Nowych bohaterów polubiłam mniej, ale w dalszym ciągu seria szalenie mi się podoba. Jeżeli chodzi o Cinder to w tej części nie jest już tą samą bohaterką, zmieniła się, uczy się wykorzystywać swój dar, jest bardziej stanowcza i niebezpieczna. Scarlet również nie daje sobie w kaszę dmuchać, odważnie bierze sprawy w swoje ręce i wyrusza na poszukiwania swojej babci.

Ta część podobała mi się trochę mniej od poprzedniej, ale w dalszym ciągu trzyma bardzo dobry poziom. Tutaj nawet więcej się dzieje, ale jakoś tak za dużo było tych ciągłych wędrówek i ucieczek, a już mniej tego klimatu, który otrzymałam przy pierwszej części. Ale to już bardzo subiektywne odczucie. W każdym razie mi się podobało, nawet bardzo, bo było wciągająco, dużo się działo, nie było czasu na nudę. Czekam na kolejny tom, ale...

... nie potrafię zrozumieć, dlaczego wydawanie tej serii w Polsce skończyło się na drugim tomie? Przepraszam bardzo, ale są takie chłamy, które nic nowego nie wnoszą, są marnymi kopiami bestsellerów, ale oczywiście są wydawane w całości. A tutaj mamy fantastyczną i oryginalną przede wszystkim serię, i co? I nie ma. Jestem wściekła i zbulwersowana. Trzecią cześć przeczytać mimo wszystko planuję, pewnie spróbuję czytać w oryginale, ale nie wiem, co z tego wyjdzie, tym bardziej, że mój angielski nie jest na tak wysokim poziomie, żeby czytać powieść science fiction (i jakąkolwiek inną). Zawiodłam się na tym wydawnictwie, naprawdę. Wstyd nie wydawać tak dobrej serii.

Ocena: 8/10

24.12.2014

Wesołych Świąt!


Kochani, nigdy nie byłam dobra w składaniu życzeń, dlatego dzisiaj krótko, ale z głębi serca.

Chcę Wam wszystkim życzyć wesołych, zdrowych Świąt, spędzonych w gronie rodzinnym oraz w fantastycznej atmosferze, wielu prezentów pod choinką (książkowych oczywiście), smacznych dań i wiele optymizmu!

 A na pożegnanie piosenka, którą odkryłam w tym roku i pokochałam, posłuchajcie:)



23.12.2014

Choć goni nas czas reż. Rob Reiner

Tytuł: "Choć goni nas czas" ("The Bucket List")
Reżyseria:  Rob Reiner
Scenariusz: Justin Zackham
Produkcja: USA
Gatunek: Dramat, komedia
Premiera: 28 marca 2008 (Polska) 16 grudnia 2007 (świat)
Czas trwania: 1 godzina 37 minut











Wszyscy mamy jakieś marzenia i cele w życiu, ale bardzo często jest tak, że na ich realizację brakuje nam czasu, może też uważamy, że są zbyt trudne do wykonania. I tak sobie żyjemy zamknięci w swojej monotonii, a czas nieubłaganie płynie. I nagle zapada wyrok. Pół roku życia, może rok. Co robić? Załamać się? Modlić o cud? Spędzić te chwile z zegarkiem w ręku czekając na śmierć? A może dobrze się bawić i maksymalnie wykorzystać czas, który pozostał? Może to w końcu czas na spełnianie swoich marzeń?

W takiej właśnie sytuacji zostało postawionych dwóch, całkiem różnych od siebie mężczyzn. Ich spotkanie nie odbyło się w zbyt miłym miejscu, bo w szpitalu na oddziale onkologicznym. Edward Cole (Jack Nicholson) jest białym bogaczem, który zbił fortunę na swojej korporacji, a Carter Chambers ( Morgan Freeman) zwykłym, czarnoskórym mechanikiem samochodowym. Mają inne priorytety, ale łączy ich nowotwór i nieuchronnie zbliżająca się śmierć. Sześć miesięcy życia, może więcej, może mniej. To bardzo mało czasu, ale wystarczająco, by spełnić marzenia. Carter i Edward wyruszają w podróż życia wraz z listą celów.

Jack Nicholson, który wcielił się w rolę Edwarda Cole'a i Morgan Freeman, który zagrał Cartera Chambersa, spisali się rewelacyjnie. Edward został przedstawiony jako niedostępny, samotny i samolubny bogacz, który początkowo irytował mnie swoim zachowaniem. Natomiast Carter był tylko biednym mechanikiem, ale szczęśliwym i otoczonym rodziną. Dwa tak różne charaktery, które połączył jeden wyrok. To właśnie dzięki tym dwóm aktorom ten film sporo zyskuje.

"Choć goni nas czas" to film, który przede wszystkim zmusił mnie do refleksji i zastanowienia się śmiercią oraz marzeniami. Śmierć czeka każdego, jedni mają więcej czasu, inni mniej. Często przychodzi ona niespodziewanie, ale są osoby, które słyszą, że zostało im ileś miesięcy życia. I tak się właśnie zastanawiałam, czy chciałabym poznać swoją datę śmierci, czy wolę żyć w nieświadomości.
Z jednej strony można maksymalnie wykorzystać dany nam czas, ale z drugiej strony można się załamać i wpaść w depresję. Bohaterowie filmu skorzystali z pierwszej opcji i zaczęli spełniać swoje marzenia

"Tysiąc ludzi zapytano, czy chcieliby wcześniej znać dokładną datę swojej śmierci.96% odpowiedziało "nie". Zawsze jakoś skłaniałem się ku pozostałym 4%. Wydawało mi się, że wyzwalająca byłaby wiedza, ile jeszcze czasu pozostało mi do przepracowania. Wychodzi na to, że się pomyliłem."
Ten film to taka komedia o śmierci. Chociaż temat jest smutny to został opracowany w sposób humorystyczny, zdarzyło mi się uśmiechnąć kilka razy. Ale łzy też się ostatecznie pojawiły podczas końcowych scen. Śmierć jest pokazana tutaj  motywująco, jako bodziec do spełniania swoich marzeń. Jednak mimo tych plusów film nie jest dla mnie jakimś arcydziełem, bo taki motyw był już wykorzystywany wielokrotnie, a poza tym film momentami wydawał mi się po prostu niewiarygodny, naiwny i zbyt piękny, by coś takiego mogło się naprawdę wydarzyć. I wydaje mi się, że nie zapamiętam go na długo.

Ocena: 6/10

22.12.2014

Szkoła Uczuć reż. Adam Shankman

Jeżeli chodzi o filmy to mam spore zaległości, które dopiero zaczynam nadrabiać. Tak naprawdę dopiero niedawno zaczęłam w ogóle filmy oglądać, bo wcześniej tego nie robiłam. O tym też świadczy dzisiejsza recenzja bardzo znanej i wysoko ocenianej produkcji z 2002 roku. Produkcji, którą większość z Was pewnie już widziała. Ja dopiero teraz, ale lepiej późno niż wcale.

Tytuł: "Szkoła Uczuć" ("A walk to remember")
Reżyseria: Adam Shankman
Scenariusz: Karen Janszen
Produkcja: USA
Gatunek: Melodramat
Premiera: 28 czerwca 2002 (Polska) 23 stycznia 2002 (świat)
Czas trwania: 1 godz. 41 minut











Dwa różne charaktery. Dziewczyna i chłopak. Ona jest religijną córką pastora, spokojną, dążącą do swoich celów. On, rozrywkowym chłopakiem, szkolnym podrywaczem, lekceważącym szkołę i zasady. Dwie różne osoby, niedarzące się sympatią, ale bieg wydarzeń sprawia, że rodzi się między nimi silne uczucie.

Film jest naprawdę niezły. Początkowo wydawało mi się, że to będzie zwykła, miłosna i tania historyjka, która nic do mojego życia nie wniesie. Na szczęście się myliłam. Owszem, jest wiele takich filmów, ale w tym jest coś wyjątkowego i chwytającego za serce.

Bardzo podobała mi się gra aktorska, a zwłaszcza Many Moore, która wcielając się w rolę Jamie, spisała się rewelacyjnie. Jej delikatna uroda wspaniale tutaj pasowała. Wykorzystano także jej wokalne umiejętności. Moja sympatia do tej postaci zaczęła się następującym dialogu:
"Ladon: Nie obchodzi cię, co ludzie o tobie myślą?
Jamie: Nie"
I taka właśnie jest Jamie. Nie da się ukryć, że różni się od swoich rówieśników; nie nosi modnych ciuchów, trzyma się na uboczu, wierzy w Boga, ma swoje zasady, jest uczciwą i prostą dziewczyną, ale kompletnie nie obchodzi jej zdanie obcych jej ludzi. Piękne i godne pozazdroszczenia podejście do życia.
Natomiast Landon Carter, w którego wcielił się Shane West, na początku nie zdobył mojej sympatii. Był bowiem takim cwaniaczkiem, podrywaczem i miał kilka wybryków na swoim koncie. Jednak z czasem zaczynałam go lubić, a podczas scen ukazujących szkolne przedstawienie już mnie całkowicie kupił. Shane West spisał się na medal, ten jego wzrok był niezwykle czarujący i przekonywujący. W początkowych scenach również świetnie zagrał tego zbuntowanego, korzystającego z chwili, imprezowego chłopaka.

Brakowało mi jednak łez przy oglądaniu. Wzruszam się bardzo szybko i płaczę na filmach, nawet w banalnych dla niektórych momentach. Tutaj tych łez nie było, ale i tak uważam, że jest to piękny film. Oczywiście nie trudno domyślić się zakończenia i tego, co się w trakcie wydarzy, ale wcale mi to nie przeszkadzało. Chociaż nie. Była jedna scena, która mnie zaskoczyła. Niby jest to historia taka, jak ich wiele, ale jest niej coś niezwykłego, co zwraca na siebie uwagę. To taki ciepły i mimo że smutny to podnoszący na duchu film, bo pokazuje, że ludzie się zmieniają i mogą stać się lepsi.

Ocena: 7/10

21.12.2014

Marissa Meyer - Saga Księżycowa. Cinder

Tytuł: "Saga Księżycowa. Cinder"
Autor: Marissa Meyer
Ilość stron: 440
Wydawnictwo: Egmont Polska
Tom: I













 Ta książka to było dla mnie coś zupełnie nowego, bo nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek czytała jakąś przeróbkę bajki. Pomyślałam, że to pewnie będzie coś świetnego i oryginalnego. I nie myliłam się.

Linh Cinder to nastolatka, jednak do normalności sporo jej brakuje. Jest bowiem cyborgiem, czyli obywatelem drugiej kategorii. Zamiast rąk i nóg posiada metalowe protezy. Na szacunek swojej  macochy również liczyć nie może, jest traktowana jak służąca i jest jej własnością. Dziewczyna ma również dwie przyrodnie siostry. Jedna jest dobra, druga zła. Jedna ją kocha, druga nienawidzi.   Cinder jest natomiast bardzo utalentowanym mechanikiem, najlepszym w mieście. Pewnego dnia do jej obskurnej budki przybywa sam książę Kai, który prosi dziewczynę o naprawienie swojego androida. Od czasu tego spotkania wszystko się zmienia.

Ta książka to było dla mnie coś naprawdę oryginalnego, bo po raz pierwszy czytałam przeróbkę tak znanej bajki. Bo kto zna nie zna historii o Kopciuszku? Jestem pewna, że nie ma tu takiej osoby. A Saga Księżycowa to opowieść zainspirowana tą znaną bajką. Zainspirowana, ale nie przekopiowana. Co to, to nie. Ja początkowo myślałam, że wszystko będzie się toczyć według schematu i nic mnie nie zaskoczy. Ależ byłam w błędzie! Autorka wprowadziła sporo zmian, wykreowała całkiem inny, nowy świat, zmieniła bieg wydarzeń, co czyni tę powieść absolutnie wyjątkową.

Czym byłaby dobra książka bez dobrych bohaterów? No właśnie. Bohaterowie są naprawdę świetni. Szalenie podoba mi się Cinder za jej oryginalność, wolę walki, postępowanie i taką ludzkość, mimo że jest cyborgiem. Różni się od swoich rówieśników, jest źle traktowana, boi się, że ktoś pozna jej tajemnicę.   Początkowo myślałam, że książę nie zdobędzie mojej sympatii, że będzie zbyt idealny, samolubny itd.  Jednak nic z tych rzeczy; pozytywnie się zaskoczyłam i bardzo go polubiłam. Mimo młodego wieku czuł odpowiedzialność, jaka na nim spoczywa i starał się być sprawiedliwy. Istnieje tutaj podział na dobre i złe charaktery, ale to dodatkowo nadaje klimat powieści.

Świetna książka, naprawdę. Może początek był trochę nudniejszy, ale później, gdy wszystko się rozkręciło to już nie mogłam się oderwać i czytałam, i czytałam, i czytałam aż do ostatniej strony. I mam ochotę na więcej; chcę znowu przenieś się do tego świata i znowu śledzić losy tych niezwykłych bohaterów.  Autorka ze znanej wszystkim historii stworzyła coś zupełnie nowego. I zrobiła to wyśmienicie. W dodatku wszystko jest pięknie opisane i naprawdę potrafiłam wyobrazić sobie ten nowy, dziwny świat.

 Parę dni temu narzekałam na schematyczność i brak oryginalności w książkach. Jeżeli Wy także macie tego dość, to Saga Księżycowa jest zdecydowanie dla Was. Gwarantuję, że się nie zawiedziecie.

 Ocena: 9/10

Patrycjo, bardzo dziękuję za polecenie mi tej książki!

19.12.2014

Veit Etzold - Cięcie

Kochani, chciałam Wam bardzo serdecznie podziękować za wszystkie komentarze pod poprzednim postem i za wszystkie propozycje, z których na pewno skorzystam w najbliższym czasie. Mam nadzieję oraz przeczucie, że odkryję jakieś perełki. A dzisiaj będę polecała świetny thriller, dzięki któremu na nowo powraca mi chęć do czytania. Ach, tylko dlaczego tak późno po tę książkę sięgnęłam? A i muszę wspomnieć, że naprawdę bardzo się cieszę, że w końcu mogę Wam napisać: "jeszcze nie czytałeś/aś? Żałuj".

Ciszę się, że znowu mam ochotę na czytanie, bo mam teraz dwa tygodnie wolnego, więc mogę czytać, czytać i jeszcze raz czytać. Żyć nie umierać. 


Tytuł: "Cięcie"
Autor: Veit Etzold
Ilość stron: 544
Wydawnictwo: Akurat














 Clara Vidalis jest młodą detektyw, pracującą w wydziale zabójstw Krajowej Policji Kryminalnej. Do policji przyciągnęła ją osobista tragedia sprzed dwudziestu lat, tragedia, która ciągle nie pozwala zapomnieć i wywołuje poczucie winy. Pewnego dnia Clara dostaje płytę z nagraniem, na którym zamaskowany mężczyzna podcina gardło młodej dziewczynie, a ta wcześniej przekazuje wiadomość dla policji. Rozpoczynają się poszukiwania Bezimiennego.

"Cięcie" to była dla mnie naprawdę mocja lektura. I pisze to osoba, która wiele thrillerów już przeczytała, poznała wiele chorych umysłów i makabrycznych opisów zbrodni. A ta książka wywarła na mnie wrażenie i sprawiła, że serce szybciej biło (ciśnieniomierz nie kłamie, a ja się przeraziłam wynikiem) i naprawdę czułam te wszystkie emocje, lekki strach, uczucie obrzydzenia i jakieś takiej bezradności. To naprawdę coś mocnego, brutalnego i pomimo wielu przeczytanych tego typu książek ta prezentuje sobą coś wyjątkowego, coś, co wyróżnia ją spośród innych i nie pozwala zapomnieć nawet po skończeniu lektury. Kurcze, teraz uświadomiłam sobie, że dawno już takiego czegoś nie czułam.

Tak piszę o tych swoich uczuciach ale przecież musi być coś, co na nie wpłynęło. I jest to zdecydowanie morderca, który wzbudza strach i intryguje zarazem. Jednak najlepsze jest to, że my możemy dokładnie zagłębić się w jego psychikę, dobrze go poznać, wrócić do jego dzieciństwa i zrozumieć jego motywy. Kawał dobrej roboty jeżeli chodzi o portret psychologiczny.

Główna bohaterka, Clara, bardzo mi się spodobała. Tutaj również autor skupił się na jej psychice, chociaż mogłoby to być lepiej opisane, wykreował postać nieidealną, z problemami i trudną przeszłością, która nie daje o sobie zapomnieć. Clara wstępuje do policji, by znaleźć mordercę swojej siostry. Zgrywa twardzielkę, wydaje się silna, ale w środku jest delikatna i krucha.

Ta książka to nie tylko fikcja, bo to także przesłanie i nauka, bowiem możemy uświadomić sobie, jak niebezpieczny może być internet i jak bardzo pozbawiamy się swojej anonimowości w sieci. A niestety są ludzie, którzy mogą to wykorzystać. W ogóle przeraża mnie, że niektóre osoby z najdrobniejszymi szczegółami relacjonują swoje życie na portalach społecznościowych. 
"Gdyż internet to nie tylko najpotężniejsze medium komunikacyjne i najobszerniejsza skarbnica wiedzy. Internet to również największe na świecie miejsce zbrodni."
Przyczepić się mogę do zakończenia, które można było przewidzieć i niestety wszystko działo się zbyt szybko i mało wiarygodnie, ale jestem w stanie to wybaczyć. Akcja również nie pędzi, ale w thrillerach psychologicznych aż tak tego nie odczuwam, bo skupiam się głównie na umyśle przestępcy, analizuję i z przerażeniem odkrywam nowe strony, nie wiedząc, co mnie na nich czeka.

Ocena: 9/10

16.12.2014

Tahereh Mafi - Sekret Julii + wylewam swoje żale

Tytuł: "Sekret Julii"
Autor: Tahereh Mafi
Ilość stron: 437
Wydawnictwo: Otwarte
Tom: II














Opis fabuły zawiera spoilery do poprzedniego tomu, więc proszę uważać na poniższy akapit!

Julia z Adamem uciekają z kwatery Komitetu Odnowy i trafiają do Punktu Omega, który jest schronieniem dla osób z niezwykłymi zdolnościami. Nareszcie są bezpieczni i mogą odetchnąć. Ale na jak długo? Sprawy bardzo szybko zaczynają się komplikować, zwłaszcza gdy na jak wychodzą tajemnice Adama.

Przy opisywaniu poprzedniej części czepiałam się zbyt idealnych i sztucznych bohaterów. Adam w dalszym ciągu taki pozostał; po prostu rycerz na białym koniu, ale jak się okazuje pozory lubią mylić. Julia natomiast poważnie mnie denerwowała swoim zachowaniem, a jej biadolenie doprowadzało mnie do szewskiej pasji. Niby się zmieniła, stała się silniejsza, ale i tak jakoś nieszczególnie do mnie przemawia jej postać. I jeszcze to jej niezdecydowanie, miłosne dylematy, które ostatnio działają na mnie jak płachta na byka i mam już dość tego samego w większości książek. Ile można?  Ale sprawę znowu ratuje Warner, który jest zdecydowanie moją ulubioną postacią. Ciężko mi go rozgryźć, jest najbardziej barwną i rozbudowaną osobowością w całej serii. Lubię go, nawet bardzo i gdy tylko pojawił się na stronach tej powieści to czytało mi się dużo przyjemniej. Gdyby nie on to najprawdopodobniej poprzestałabym na czytaniu pierwszego tomu.

Książka mnie nie zachwyciła, czytałam ją bez emocji (no chyba że pojawiał się Warner), bez problemu mogłabym ją odłożyć na półkę i zacząć czytanie czegoś innego. Wkurza mnie strasznie ta schematyczność, mam już dość czytania we wszystkich młodzieżówkach o tym samym, bo ileż można. Mam wrażenie, że te wszystkie książki dla młodych czytelników zlewają mi się w jedną całość. Niby fabuła jest inna, ale jest mnóstwo małych elementów, które już dobrze znam z wielu innych książek. W sumie to przepraszam tę książkę, ale akurat dzisiaj muszę wyładować nagromadzone we mnie emocje.

"Sekret Julii" nie zachwyca, właściwie nic mnie tutaj szczególnie nie zaskoczyło, brakowało mi emocji, było schematycznie i przewidywalnie, bez problemu domyśliłam się, jak to się skończy i zakończenie też nie powaliło mnie na kolana. Jeszcze na dodatek brakuje akcji przez większą część książki. Po trzeci tom być może sięgnę, ale jak już to później i tylko ze względu na Warnera.

Ocena: 5/10

A teraz muszę się wyżalić..


Kochani, błagam Wam o polecenie naprawdę jakieś bardzo dobrej książki, która zaskoczy mnie czymś nowym i przywróci wiarę w oryginalne powieści. Potrzebuję czegoś naprawdę świetnego, co da mi kopa do czytania, bo powoli czytanie zaczyna mnie nudzić, gdy natykam się na takie książki. Ja nie wierzę, że to piszę, ale tak właśnie jest. Nie wiem, co się stało, może potrzebuję odpoczynku, może mam gorsze dni, ale strasznie źle się z tym czuję i tracę ochotę na poznawanie nowych książek.  W ogóle ostatnio mam strasznego pecha do średnich lektur i irytuję się coraz bardziej, gdy kolejna książka nie spełnia moich oczekiwań.

Przepis na dobrze sprzedającą się młodzieżówkę? Trójkąt miłosny z niezdecydowaną i użalającą się nad sobą bohaterką i pomysły zaczerpnięte z bestsellerów. Może są czytelnicy, których takie książki w stu procentach satysfakcjonują i nigdy im się nie nudzą, ja jednak już pasuję i mówię zdecydowane STOP! Czym więcej czytam, tym bardziej wymagająca jestem.

Mam dość i robię sobie przerwę od młodzieżówek. No chyba, że ktoś poleci mi coś naprawdę genialnego i fantastycznego, co mnie oczaruje.

13.12.2014

Językowo: nauka angielskiego po angielsku (engVID.com)

Wszelkie ćwiczenia dotyczące rozumienia ze słuchu są dla mnie bardzo nieprzyjemne. Powód? Bardzo prosty: ja po prostu nie rozumiem ze słuchu. Zawsze z kartkówek z gramatyki, czy też słówek albo czytania ze zrozumieniem zbieram dobre oceny. Jednak gdy przychodzi test ze słuchania ze zrozumieniem to często brakuje mi punktów do dwói. Strasznie mnie to denerwuje, bo przecież rozumienie ze słuchu to jest podstawa i bez tej umiejętności język jest właściwie nieprzydatny. Bo co z tego, że umiem słówka, ale nie potrafię ich wyłapać w zdaniu.

Nie ukrywam, że nie lubię ćwiczyć słuchania ze zrozumieniem, bo zawsze wtedy mam ochotę rzucić tę całą moją naukę i się załamywać. Wiem, że samo się nic nie zrobi i muszę ćwiczyć do skutku, ale gdy coś mi nie wychodzi to moja motywacja niebezpiecznie spada. Już jest lepiej niż było, coraz więcej rozumiem, ale pod warunkiem, że widzę osobę, z którą rozmawiam albo oglądam jakiś filmik na Youtube. Jak czegoś nie rozumiem to przynajmniej pomaga mi gestykulacja danej osoby.

I tak właśnie uczę się słuchania ze zrozumieniem, czyli oglądam różne filmy. Najczęściej są to kanały kosmetyczne, ale dzisiaj nie o tym, a o specjalnych kanałach, dzięki którym możemy uczyć się angielskiego po angielsku.

Filmiki te dostępne są na Youtube, ale pochodzą ze strony engVID.com.

O co chodzi?
Mamy 10 nauczycieli (nie wszyscy już nagrywają) języka angielskiego, którzy w swoich filmikach uczą  nas angielskiego po angielsku. Jedni skupiają się bardziej na słownictwie, inni na gramatyce itd. Fajne jest to, że po obejrzeniu każdego takiego filmiku na ich stronce czeka na nas test sprawdzający, ile zrozumieliśmy. Ponadto w opisie pod każdym filmikiem mamy transkrypcję, więc można śledzić tekst. Ja raczej tego nie robię, staram się zrozumieć bez tego i tak też polecam robić.

Teraz pokażę Wam po jednym, losowo wybranym filmie każdego nauczyciela:

Alex (uwielbiam jego lekcje)

Ronnie:

Benjamin:

Valen:

Adam:

James:

Jade:

Rebecca:

Emma:

Jon:

Postanowiłam sobie, że każdego dnia zobaczę przynajmniej jeden filmik i w taki sposób będę ćwiczyła swoje rozumienie ze słuchu, a przy okazji się uczyła czegoś nowego. Bo dotychczas oglądałam te filmiki raz na jakiś czas, najczęściej wtedy, gdy pojawiały się jakieś nowe. Myślę, że codzienna nauka da lepsze rezultaty.

Na stronie engvid.com znajdziemy podział filmów ze względu na kategorie, poziom i nauczyciela, więc jeżeli macie konkretne wytyczne to warto skierować się tam, a nie szukać na Youtube. Na stronie mamy także dodatkowo różne materiały, które można sobie wydrukować i wykorzystać do pracy (opcja dla nauczycieli).

Jestem bardzo ciekawa, w jaki sposób Wy ćwiczycie umiejętność rozumienia ze słuchu i czy także macie takie problemy jak ja. Dajcie znać, czy uważacie takie filmiki za pomocne, a może wolicie zobaczyć zwykły, nieedukacyjny film. 

Więcej postów dotyczących nauki języków znajdziecie w kąciku językowym - KLIK

10.12.2014

Tahereh Mafi - Dotyk Julii

Tytuł: "Dotyk Julii"
Autor: Tahereh Mafi
Ilość stron: 336
Wydawnictwo: Otwarte














Chyba normą już jest, że wszystkie znane i popularne książki zawsze czytam z dużym opóźnieniem. Dzisiaj prezentuję swoją opinię na temat "Dotyku Julii". Lepiej późno niż wcale, prawda?

Julia jest niezwykłą dziewczyną, ale też bardzo niebezpieczną. Dlaczego? Posiada dar, który pozwala jej zabijać, a konkretnie zabija samym dotykiem. Dziewczyna siedzi zamknięta w szpitalu psychiatrycznym i jest kompletnie odizolowana od innych. Jednak pewnego dnia do jej celi trafia Adam, który wygląda Julii znajomo. Jak rozwinie się ta znajomość?

"Dotyk Julii" to taka typowa książka młodzieżowa z dystopijną wizją przyszłości i romansem, który zaczyna wysuwać się na pierwszy plan . W sumie to nie zachwyciła mnie ona aż tak bardzo, jak tego oczekiwałam, ale liczę na to, że w kolejnej części będzie dużo lepiej i ciekawiej. Początki bywają różne, a zakończenie tej części skutecznie zachęciło mnie po sięgnięcie po kolejny tom, bo jestem ciekawa, jak to się dalej rozwinie.

Bohaterowie nie powalają oryginalnością, to wszystko już było. I Julia, i Adam są dla mnie zbyt bardzo idealni, nazwałabym ich nawet trochę sztucznymi, brakuje im też wyrazistości, ale może w dalszych częściach coś się zmieni. Natomiast podobał mi się czarny charakter, czyli Warner, bo jest zdecydowanie najbardziej interesujący. Ogólnie występuje tutaj mocny podział na dobre i złe charaktery, a brakuje postaci pośrodku.

Muszę wspomnieć o stylu autorki, który bardzo mi się podoba. Nie brakuje metafor, wszystko jest bardzo obrazowo opisane, zwłaszcza na początku, gdy poznajemy uczucia towarzyszące Julii. W ogóle początek to zdecydowanie najmocniejsza część całej książki, później jest już słabiej, bardziej przewidywalnie i schematycznie.

Książka jest lekka, ale w końcu to młodzieżówka. Czytało mi się ją bardzo dobrze i przyjemnie, jest idealna na odstresowanie i ciężkie dni. Sama historia mnie zainteresowała. Chociaż miejscami jest trochę nudno, to wybaczam, bo to przecież dopiero pierwsza część. A potencjał jest, więc wierzę, że zostanie dobrze wykorzystany.


Ocena: 6/10

06.12.2014

Linwood Barclay - Na własne oczy

Tytuł: "Na własne oczy"
Autor: Linwood Barclay
Ilość stron: 550
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc














"Na własne oczy" to moja pierwsza  książka pana Barclay'a. Zanim wpadła w mojej ręce, to nie słyszałam w ogóle o tym autorze. Jak wrażenia?

Trzydziestokilkuletni Thomas Kilbride cierpi na schizofrenię. Nie wychodzi z domu, właściwie to nawet rzadko opuszcza swój pokój. Każdy jego dzień wygląda dokładnie tak samo. Thomas ma niezwykłą pasję i misję do wykonania. Za pomocą programu Whirl360, mężczyzna podróżuje po całym świecie i uczy się na pamięć wszystkich ulic na świecie. Twierdzi bowiem, że wykonuje tajną misję dla CIA i gdy podczas ataku terrorystów znikną wszystkie mapy, to będzie on jedyną osobą, która będzie w stanie pomóc.
Podczas jednej z takich wirtualnych podróży, Thomas odkrywa coś strasznego. Jest prawie pewny, że został świadkiem morderstwa.

Ostatnio często trafiam na książki, o których sama nie wiem, co mam myśleć. Z jednej strony mi się podobają, ale po przeczytaniu ostatniej strony sama nie wiem, co o nich powiedzieć. Książka jest według mnie nierówna. Miejscami czytanie się dłuży, zwłaszcza na początku, bo tak naprawdę coś konkretnego zaczyna się dziać dopiero pod koniec. Ponadto niektóre wątki były po prostu przewidywalne i nie było tak lubianych przeze mnie elementów zaskoczenia. Brakowało także napięcia i uczucia grozy. Czytanie pozbawione było emocji, a książka szybko pójdzie w zapomnienie. Może film na podstawie tej powieści zainteresowałby mnie bardziej.

Mimo tych wad książka nie jest taka zła, a to za sprawą głównego bohatera. Przyznam szczerze, że jakoś mnie tak ta postać przyciągała do siebie. Bardzo spodobał mi się pomysł z tymi mapami, dla mnie było to coś nowego i oryginalnego. Miejscami sama nie wiedziałam, co jest chorą wyobraźnią bohatera, a co dzieje się w książce naprawdę.


Ocena: 5/10

04.12.2014

Laura Summers - Lato opowieści

Tytuł: "Lato opowieści"
Autor: Laura Summers
Ilość stron: 311
Wydawnictwo: Akapit














Sięgnęłam po tę książkę w ciemno, bo nie znalazłam żadnych jej recenzji, a opis z tyłu okładki niezbyt dużo mówi. I niestety się zawiodłam.

Książka opowiada o dwóch siostrach, Ellie i Grace, które razem ze swoją matką uciekają z domu przed ich własnym ojcem, który znęca się nad całą rodziną. Dziewczyny razem z mamą próbują ułożyć sobie życie na nowo i zapomnieć o problemach, ale nie będzie to takie proste.

Książka nie jest zła, ale według mnie jestem chyba troszeńkę za stara do jej czytania. Jest raczej do młodszych nastolatek i mniej wymagających czytelników. Owszem, porusza ważne problemy, ale ja przeczytałam już wiele tego typu powieści i z każdą taką pozycją poprzeczka jest coraz wyżej. Tutaj brakowało mi głębi, lepszego rozwinięcia wątków. Trochę tak po łepkach jest to wszystko napisane. A może ja jestem zbyt wymagająca?

Przejdę teraz do bohaterów i przyczepię się, bo są niezbyt dokładnie wykreowani. Brakowało mi w nich jakieś takiej oryginalności, czegoś, co pozwoliłoby mi ich zapamiętać na dłużej. Liczyłam na tematy do rozmyślań, a tego niestety nie zaznałam. Owszem, temat, jaki porusza autorka jest ważny i trzeba o tym mówić, bo przemoc w rodzinie jest coraz częstszym zjawiskiem. Mnie jednak nie spodobała się sama forma. No i jeszcze ta okładka, która nijak pasuje do treści, tytuł zresztą podobnie.

Może młodszymi czytelnikami ta książka wstrząśnie, mnie jednak nie zaskoczyła niczym, za serce też szczególnie mnie nie chwyciła. Czytało się ją szybko i całkiem przyjemnie, ale na długo w mojej głowie nie zostanie. Dla mnie jest przeciętna.

Ocena: 5/10
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka