29.03.2015

Thomas Arnold - 33 dni prawdy

Tytuł: "33 dni prawdy"
Autor: Thomas Arnold
Ilość stron: 416
Wydawnictwo: Agencja Reklamowo-Wydawnicza Vectra














Pewnego dnia Dona Jonson, była zakonnica i opiekunka w sierocińcu, wchodząc do domu, doznaje szoku; na ścianach ktoś pozawieszał mnóstwo czarno-białych zdjęć, budząc w ten sposób demony przeszłości. Dwa dni później policja odnajduje jej zwłoki. Wszystko wskazuje na samobójstwo. Niepokój budzi jednak jedna fotografia, na której denatka stoi w habicie wraz z grupką dzieci. Ślady prowadzą do sierocińca, w którym pracowała wiele lat temu. Ta z pozoru banalna sprawa szybko przeradza się w coś więcej, a ofiar ciągle przybywa. Tylko jak to połączyć w jedną całość? To zadanie dla Jamesa Adamsa i Davida Rossa, detektywów z wydziału zabójstw.

Ta książka to taka jedna wielka zagadka. Nie ukrywam, że życzyłabym sobie bardziej dynamicznej akcji, bo tutaj wszystko toczy się raczej spokojnie, choć trup ściele się gęsto. Chociaż tempo nie grzeszy szybkością to nie mogę powiedzieć, że jest nudno. Owszem, znalazłam kilka zbędnych opisów i niepotrzebnych szczegółów, ale nic mi się nie dłużyło. Autor wprowadza czytelników w zawiłą zagadkę, którą naprawdę ciężko rozwiązać. Mamy kilka różnych wątków, które przez dłuższy czas się ze sobą nie łączą. Ja się czułam, jakbym czytała kilka osobnych opowieści. Powodowało to u mnie lekkie zdezorientowanie, ale też wzmacniało mój czytelniczy apetyt, bo za wszelką cenę chciałam się dowiedzieć, jak autor to wszystko ze sobą powiąże. Trochę musiałam na to poczekać, bo prawdę odrywamy stopniowo, pojawiają się elementy zaskoczenia, aż w końcu wszystko ładnie i sprawnie łączy się w jedną całość. Jako wielka wielbicielka krwawych thrillerów zawsze cenię sobie brutalne opisy. Tutaj ich zabrakło, jest pod tym względem dosyć łagodnie.

Trochę szkoda, że akcja nie została osadzona w Polsce, a w USA. Wynika to z tego, że mieszkam w okolicach autora i byłabym wniebowzięta, gdyby działo się to właśnie w rodzinnym miasteczku pana Arnolda. Wiecie, mogłabym wtedy przejść się po ulicach, poszukać miejsc opisanych w książce itd.

W tym momencie chciałam przybliżyć Wam trochę autora, gdyż książka podpisana jest pseudonimem, który może być mylący i wskazywać raczej na zagranicznego twórcę. A w rzeczywistości jest nim Polak, pan Arnold Płaczek, mieszkaniec niewielkiej śląskiej miejscowości, pracujący jako farmaceuta, a w wolnych chwilach piszący książki. "33 dni prawdy" nie jest jego pierwszą powieścią. W 2013 roku zadebiutował thrillerem medycznym pt. "Anestezja", a za niedługo ukażą się kolejne jego książki.

Przyczepię się trochę do bohaterów. Dwójka detektywów została w moim odczuciu zepchnięta na bok, a szkoda, bo wydają się bardzo ciekawi i z chęcią poznałabym ich bliżej. Nie zaszkodziłoby troszeczkę o ich życiu prywatnym. Jednak jeszcze nic straconego, bo w kolejnych książkach autora ponownie się z nimi spotkamy. W książce jest dużo postaci, co początkowo może wprowadzać mętlik i zdezorientowanie. Ja się trochę gubiłam na początku, ale z czasem nie miałam już tego problemu.

Bardzo zaskoczyło mnie zakończenie, a właściwie wprawiło w osłupienie i chyba pierwszy raz spotkałam się z takim obrotem spraw w kryminale. Czytałam je dwa razy, żeby upewnić się, że wszystko dobrze zrozumiałam. To się autorowi udało, przyznaję! Teraz jestem ciekawa kolejnej książki pana Arnolda.

Ocena: 7/10

Polacy nie gęsi

Za możliwość przeczytania serdecznie dziękuję Autorowi!


26.03.2015

Olga Rudnicka - Natalii 5

Tytuł: "Natalii 5"
Autor: Olga Rudnicka
Ilość stron: 560
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka














Pewnego dnia policja dostaje zgłoszenie o popełnionym samobójstwie. Na miejscu znajdują zwłoki Jarosława Sucharskiego. Nic nie wskazuje na obecność osób trzecich, ale policjanci mają wątpliwości. Po śmierci Sucharskiego jego majątek został rozdzielony pomiędzy pięć jego córek, w spadku otrzymały też dom. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby wszystkie nie nazywały się tak samo i wiedziały o swoim istnieniu. Śmierć ojca doprowadza do spotkania pięciu Natalii Sucharskich i nieźle namiesza w życiu kobiet.

Ta książka jest naprawdę świetna! Może nie jest to mrożący krew w żyłach kryminał, ale ogromna dawka humoru, emanująca z kart ten powieści, jest czymś fantastycznym. Dawno tak dobrze się nie bawiłam przy czytaniu książki. Mogę tylko żałować, że trochę czytałam w autobusie, bo musiałam naprawdę nieźle się powstrzymywać, żeby nie wybuchnąć śmiechem. Moim faworytem są sceny ze słynną dziurą, kto czytał, ten wie, o co chodzi. A kto nie czytał, niech żałuje. Ja śmiałam się do łez. I gwarantuję, że książka się nie dłuży mimo tak dużej ilości stron. Jest to bardziej powieść obyczajowa, a wątek kryminalny stanowi tu tło.

Bohaterki są wspaniałe i to dzięki nim ta książka jest tak wyjątkowa. Siostry Sucharskie mają charakterki, oj mają. Każda jedna jest bardziej szalona i przebojowa, ale też diametralnie się od siebie różnią, więc wyobraźcie sobie, jak może wyglądać ich wspólne życie w jednym domu. Może i są naiwne, postępują impulsywnie, mają tysiąc pomysłów na minutę, ale za to własnie je polubiłam. Przyznaję, że na początku miałam mętlik w głowie i nie wiedziałam kto jest kim, ale z czasem wszystko stało się jasne.

Cała ta historia jest trochę zagmatwana, bohaterów jest bardzo dużo, więc trzeba się skupić na lekturze, żeby to wszystko ogarnąć. Wątek kryminalny również robi się w pewnym momencie zawiły, ale podobało mi się. Mnie Natalie Olgi Rudnickiej trochę przypominają Stephanie Plum Janet Evanovich i jest to jak najbardziej pozytywne porównanie. Jak śmieszne kryminały i lekkie książki to mogę liczyć na obie autorki. Olga Rudnicka ma naprawdę talent. Ja poproszę o więcej.

Ocena: 9/10

Polacy nie gęsi

21.03.2015

Językowo: English Matters nr 51

Dzisiaj pierwszy dzień wiosny, co niezwykle mnie cieszy. Jest coraz cieplej, słońce pięknie grzeje, a ja w końcu odzyskuję siły i zaczynam budzić się do życia. Kocham wiosnę!

Wiosna to dla mnie zawsze taki czas zmian, chęć zrobienia czegoś pożytecznego. Wtedy mój zapał jest największy. Także nauka języków obcych zdecydowanie lepiej mi idzie. Dlatego też dzisiaj przychodzę do Was z najnowszym, już 51, numerem English Matters, którego czytanie jest samą przyjemnością. I nauką oczywiście.


W This and That tradycyjnie znajdziemy krótkie teksty na rozgrzewkę. Tym razem jest coś dla moli książkowych, a mianowicie spis nagrodzonych książek i autorów za debiuty literackie, począwszy od 2000 roku, w Branford Boase Award. Następnie nadal pozostajemy w temacie książkowym i przeczytać możemy o "Lolicie". Jest to tekst zwyciężczyni konkursu z poprzedniego numeru.

W People and Lifestyle pojawia się mężczyzna ze stali, czyli Henry Cavill, a później kilka słów na temat krwi. Niby temat zdrowotny, ale jako dodatek znajdziemy także idiomy z krwią związane. A na koniec w tym dziale o niezwykle oryginalnym projekcie, jakim są zdjęcia nagich ciał z jedzeniem.

W Culture przenosimy się do Londynu, a konkretnie do Royal Albert Hall, czyli londyńskiej sali koncertowej. Jest też coś o wampirach, ale tych z japońskich mang i anime oraz artykuł na temat Wojny Dwu Róż.



W dziale Travel coś dla osób, które zamierzają odwiedzić Londyn po raz pierwszy. W pigułce przeczytamy o wartych odwiedzenia miejscach, podano też namiary na tanie restauracje i knajpki. To zdecydowanie mój ulubiony artykuł, bo przypomina mi mój bardzo udany wyjazd do Londynu. Później kilka słów o polskich autostradach.

W Conversation Matters znajdziemy dialogi przydatne w codziennym życiu. Tym razem jest to bardzo obszerna  rozmowa kwalifikacyjna.

Na sam koniec, w dziale Leisure, przeczytamy o coraz popularniejszych selfie i ich fenomenie.

Dołączony jest także dodatek z gramatyki - "Be Perfect as Present Perfect", który jest według mnie świetnie opracowany. Wszystko tłumaczone jest w języku angielskim, ale są dialogi, przykłady zdań, piosenki, w których czas ten występuje, a nawet cytaty oraz kilka zadań na sam koniec. 

Za możliwość przeczytania dziękuję wydawnictwu Colorful Media.

Więcej postów dotyczących nauki języków znajdziecie w kąciku językowym - KLIK

14.03.2015

Ewa Nowak - Dwie Marysie

Tytuł: "Dwie Marysie"
Autor: Ewa Nowak
Ilość stron: 232
Wydawnictwo: Egmont
Seria Miętowa, tom 15













Pierwszy raz z książką Ewy Nowak spotkałam się jakiś rok temu. Postanowiłam sobie wtedy, że przeczytam coś jeszcze jej autorstwa. Padło na najnowszą, 15 część z serii Miętowej, o tytule "Dwie Marysie".

Marysia Gwidosz ma 17 lat i dwie osobowości. Marysia numer jeden to milutka dziewczyna, kochana córka i siostra. Natomiast Marysia numer dwa to humorzasta nastolatka, która jest nieznośna i nie można się z nią dogadać. Jednak fakt, iż jest to wiek dojrzewania, wszystko wyjaśnia, a dziewczyna właśnie przeżywa ten ciężki okres. Na dodatek Marysia zaczyna się fascynować pewnym przystojnym mężczyzną, którego widziała tylko przez chwilę.

Ta książka stała mi się w pewnym stopniu bliska, gdyż jestem trochę podobna do Marysi. Też mam swoje humorki i dwie osobowości, które szczególnie innym wdają się we znaki. Dla dorosłych czytelników Marysia może być irytująca, ale jestem przekonana, że nastolatki odkryją w niej same po części same siebie.

Przyczepię się natomiast do rodziców Marysi, państwa Gwidoszów. Na ogół rodzice nie zachowują się w tej sposób, a te ich schadzki były w moim odczuciu głupie. Chociaż doceniam, że starali się zrozumieć nastolatkę. Natomiast polubiłam Celię, młodsza siostrę głównej bohaterki. Dziewczynka jest bardzo miła, inteligentna, zawsze doradzi, potrafi słuchać. Taką młodszą siostrę chciałoby się mieć.

Książka mi się podobała, ale brakowało mi w niej akcji i czegoś, co nie pozwoliłoby mi się od niej oderwać. Plusem na pewno jest to, że fabuła osadzona została w polskich realiach, nie ma tu wątków paranormalnych, wilkołaków, wampirów itp. Jednak mnie tu czegoś brakuje i podobnie było w powieści pt. "Michał Jakiśtam". Czyta się ją szybko, jest napisała fajnym stylem, miło można przy niej spędzić czas, ale do genialności i cudowności według mnie dużo jej jeszcze brakuje. Niby fajna, ale... No właśnie, jest jakieś "ale", którego bliżej zdefiniować nie potrafię.

Sama nie wiem, czy w najbliższym czasie sięgnę jeszcze po książki pani Ewy, bo czytałam już (albo tylko) dwie i w sumie są na takim samym poziomie, czyli tylko dobrym.

Ocena: 6/10

Polacy nie gęsi

01.03.2015

Podsumowanie lutego


Kolejny nieudany miesiąc za mną, a marzec zapowiada się jeszcze gorzej. Szykuję się na dużo słabsze wyniki czytelnicze, bo nie wiem, jak ja znajdę czas na ogarnięcie wszystkiego. Jeszcze chyba dopadło mnie okropne przesilenie wiosenne, które powoduje u mnie osłabienie, senność, brak koncentracji i niezbyt dużą ochotę na czytanie. Wiosno, przyjdź!

Luty nie był łatwy, naszły mnie różne wątpliwości odnośnie prowadzenia bloga , a po głowie chodziły mi różne rzeczy. Zastanawiałam się, czy to co robię ma sens, bo przecież jest tyle profesjonalnych recenzji i sto razy lepszych blogów, że ja mogę się schować. Jakby tego było mało to poczułam jeszcze presję i doszło nawet do tego, że czasami czytałam na siłę.

Wszystko sobie jednak na spokojnie przemyślałam i doszłam do wniosku, że muszę przystopować. Są takie dni, kiedy nie mam ochoty ani pisać, ani czytać. Są takie książki, o których nawet nie chce mi się wspominać. Od teraz nie robię nic na siłę, nie patrzę na ilość, tylko na własne zadowolenie. Nie chcę, żeby czytanie stało się jakimś obowiązkiem tylko dlatego, że prowadzę bloga.

Po tym niezbyt optymistycznym wstępie przechodzę do rzeczy. W lutym, mimo dużej ilości czasu spowodowanego feriami, nie przeczytałam jakieś szalenie dużej ilości książek. Praktycznie przez całe ferie byłam chora i niezbyt chciało mi się czytać, bo nie mogłam się na niczym skupić.

W lutym przeczytałam następujące książki:

1. Constance Briscoe - "Ugly. The true story of a loveless childhood" 
2. Cecelia Ahern - "Love, Rosie" 
3. Becca Fitzpatrick - "Black Ice"
4. Rebecca Donovan - "Powód by oddychać"
5. Oscar Wilde - "Portret Doriana Graya"
6. Agnieszka Turzyniecka - "Dziewczyna z balonikami" 
7. Jonathan Holt - "Carnvia. Bluźnierstwo"
8. Cassandra Clare - "Miasto kości"
9. Cassandra Clare - "Miasto popiołów"

Jeżeli chodzi o serię "Darów Anioła" to chyba zdecyduję się na jakąś recenzję zbiorową po zakończeniu całej serii, bo na razie musiałabym ciągle pisać to samo, czyli że bardzo mi się podoba.

W lutym czytałam też "Lawendowy pokój" Niny Greorge, ale po 200 stronach sobie opuściłam, bo straszliwie mnie nudziła.

Razem przeczytałam 3743 strony.

Mam nadzieję, że u Was luty minął bardziej optymistycznie!
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka