31.08.2016

Dexter - morderca, którego pokochasz



Czy pokochanie seryjnego mordercy jest możliwe?

Dexter Morgan (Michael C. Hall) jest sumiennym, cenionym technikiem kryminalistycznym, specjalizującym się w sprawach krwi. Z łatwością potrafi wyjaśnić okoliczności zbrodni i odtworzyć jej przebieg na podstawie pozostawionych śladów. Ale Dexter ma też swoje drugie, mroczne i nikomu nieznane oblicze - jest mordercą. Jednak nie takim zwyczajnym mordercą, bo postępuje według kodeksu swojego ojca i zabija tylko osoby, które na śmierć zasługują.

Chociaż Dexter morduje tych, którzy popełnili zbrodnie i sami zabijali innych, to nie da się ukryć, że jest seryjnym mordercą. Morderca to morderca, niezależnie od motywów postępowania. Dla osób, które Dextera nie miały okazji jeszcze poznać, może wyda się dziwne to, co zaraz napiszę, ale ja naprawdę go polubiłam.

Dexter to postać skomplikowana. Zabija morderców, oczyszczając w ten sposób świat ze śmieci i czyniąc go bezpieczniejszym - przynajmniej dla kilku osób. Dexter ma swój kodeks, którego nauczył go ojciec, który jak nikt znał swojego syna i jego mroczne skłonności. Najważniejsze zasady tego kodeksu to: nie dać się złapać, zabijać tylko tych, którzy na to zasłużyli, po wcześniejszym stuprocentowym upewnieniu się, że są winni. Można więc powiedzieć, że Dexter czyni poniekąd dobro. Ale z drugiej strony to morderca jak każdy inny. Ja jednak go polubiłam i kibicowałam mu przez wszystkie osiem sezonów.

Mimo że Dexter jest mordercą, przed którym żadna ofiara nie ucieknie, to ma swoje zasady. Niby jest pozbawiony uczuć, ale potrafi być czuły i troskliwy, jest dobry dla swoich najbliższych i można na jego liczyć. Dexter jest też całkiem przystojny, więc drogie panie zapraszam na seans.


Oprócz Dextera mamy tu oczywiście mnóstwo innych bohaterów; są i ci dobrzy, i ci źli. Jednych polubiłam lub znienawidziłam od razu, innych z czasem. Nie ma sensu opisywać każdego, bo zajęto by to zbyt dużo czasu, ale wspomnieć chcę o przybranej siostrze głównego bohatera, Debrze Morgan (Jennifer Carpenter). Przyznaję, że początkowo Debra jakoś mojej sympatii nie zdobyła, odrobinę mnie nawet irytowała, ale z czasem naprawdę bardzo ją polubiłam, prawie na równi z Dexterem. Na uwagę zasługuje też Vince Masuka (C.S Lee) - laborant, którego teksy potrafią rozbawić, a jego śmiech zdecydowanie poprawia humor. Uroczy facet!

"Dexter" to serial, który ma 8 sezonów, po 12 odcinków każdy. Obejrzenie całości zajęło mi niecałe 2 miesiące i jeden z nielicznych seriali, który zakończyłam. Także zaufajcie mi, że to naprawdę coś! Nie mogę co prawda napisać, że każdy sezon podobał mi się równie mocno, bo były momenty słabsze i nudniejsze, ale w ostatecznej ocenie nawet się nad tym nie skupiam. Ciężko mi powiedzieć, który sezon podobał mi się najbardziej, ale chyba drugi, bo skończyłam go w ekspresowym tempie i oglądałam go z szybszym pulsem. Jednak w każdym sezonie było coś fajnego, emocjonującego, nie obywało się bez zawirować i kłopotów. "Dexter" to serial, który potrafi trzymać w napięciu i będzie świetny nie tylko dla fanów kryminałów; wrażliwców jednak proszę o ostrożność, bo nie brakuje tu krwawych scen i samej krwi!

Na koniec wspomnę także o finale, który mocno mnie zaskoczył. Miałam swoje wyobrażenia, ale się nie sprawdziły. Czy jestem zadowolona? W sumie ciężko mi to jednoznacznie określić, nie jestem pewna, czy dobrze to zakończenie interpretuję i mam mętlik w głowie, bo według mnie nie jest jednoznaczne. W każdym razie uważam je za dobre i mogę jedynie napisać, że żałuję, że to już jest koniec. Was za to zachęcam to poznania Dextera; dajcie się oczarować!

26.08.2016

Max Brooks - World War Z

Tytuł: "World War Z"
Autor: Max Brooks
Ilość stron: 544
Wydawnictwo: Zysk i S-ka











"Hordy głodnych i wściekłych zombie nadciągają!
Jesteście przygotowani na WOJNĘ TOTALNĄ?

Najpierw w Chinach pojawia się pacjent „zero” zarażony dziwną i nieznaną chorobą, która powoduje niespotykaną dotąd degenerację ciała i późniejszą reanimację zwłok. Wkrótce z całego świata zaczynają napływać kolejne doniesienia o podobnych przypadkach. Rządy wielu państw ignorują zagrożenie i skrywają prawdę przed obywatelami. A ta jest szokująca – po całym globie z prędkością błyskawicy rozprzestrzenia się śmiertelny wirus zmieniający ludzi w żywe trupy żądne krwi...

Tak zaczęła się pandemia, którą przetrwali nieliczni. Świat po globalnej hekatombie stał się przerażającym i brutalnym miejscem pozbawionym zasad, gdzie można liczyć tylko na siebie. Dzięki Maksowi Brooksowi poznajemy historie z pierwszej ręki, o których dotychczas milczały raporty wojenne." (Źródło: opis wydawcy)

Czytało mi się tę książkę nierówno. Były fragmenty, które mnie wynudziły i nijak mogłam się wczuć w opowiadaną historię. Te zaś, które mi się spodobały, były zdecydowanie za krótkie. Ogólnie oczekiwałam od tej książki czegoś innego, przede wszystkim spodziewałam się innej narracji i jednej historii. Autor zdecydował się jednak na inną formę i walkę z zombie opisał za pomocą krótkich wywiadów z różnymi osobami, które tę wojnę przeżyły; mamy relację i zwykłych zjadaczy chleba (te najbardziej mi się podobały, ale też zbyt szybko się kończyły), ale też osób stojących u władzy, ważnych osobistości. Mamy okazję poznać różne punkty widzenia, zagłębić się w psychikę tych osób, zastanowić się nad ich decyzjami i postępowaniem.

Przyznaję, że nie czytałam recenzji zanim po tę książkę sięgnęłam. Nie przeczytałam też opisu, chciałam przeczytać tylko coś o zombie. Ta książka niby o tym traktuje, ale więcej czasu spędziłam przy jej czytaniu na skupianiu się na psychice bohaterów, niż na samej akcji, bo po tym względem w moim odczuciu było słabo. Czytało mi się ciężko. Miejscami nie czułam kompletnie zainteresowania, o emocjach już nawet nie wspominam. Moje zaangażowanie w lekturę było bliskie zeru. Czułam się jakbym czytała jakiś nudny, pisany bez emocji raport, suchą relację. Jakby tego było mało dobijał mnie wojskowo-polityczny bełkot, w którym się po prostu gubiłam i nie wiedziałam, o co chodzi. Fanką polityki nigdy nie byłam, więc raczej tego temu w książkach też unikam. Tutaj było go za dużo.

22.08.2016

Richard Paul Evans - Papierowe marzenia

Tytuł: "Papierowe marzenia"
Autor: Richard Paul Evans
Ilość stron: 294
Wydawnictwo: Znak









Luke Crips jest synem bogatego i znanego właściciela firm kserograficznych. Chłopak ma wszystko; jest bogaty, ma pracę, którą lubi i kochającego ojca, który wychowywał go samotnie. Przyszłość Luka zdaje się być już zaplanowana. Wszystko jednak zmienia wyjazd na studia, gdzie chłopak poznaje nieodpowiednich ludzi, którzy wiedzą, jak wykorzystać jego bogactwo...

"Papierowe marzenia" to książka zainspirowana biblijną historią o synu marnotrawnym. Dla osób, które znają tę przypowieść, wydarzenia przedstawione w tej powieści nie będą żadną niespodzianką, bo z łatwością można odgadnąć jej finał i wszystko to, co wydarzy się w trakcie. Ale to nic. W tym przypadku w ogóle mi to nie przeszkadzało, a ta współczesna wersja syna marnotrawnego, bo tak "Papierowe marzenia" zdecydowanie można określić, zdobyła moje serce. Co prawda postaci nie są jakoś świetnie wykreowane, powieść jest skąpa w opisy i napisana bardzo prosto, bez udziwień, ale najważniejszy jest jej przekaz, który przysłania ewentualne niedociągnięcia.

Przeczytałam też tę książkę w idealnym momencie swojego życia i naprawdę mocno do mnie trafiła; do tego stopnia, że na końcu aż się popłakałam i zaczęłam rozmyślać nad swoim życiem, postępowaniem, relacjami z innymi. Takiej lektury po prostu potrzebowałam. Potrzebowałam takiego kopa, ale i nadziei, którą ta przypowieść daje.

Żałuję tylko, że tak długo przechodziłam obojętnie obok książek Evansa. Teraz na pewno naprawię swój błąd i szybko nadrobię zaległości.

17.08.2016

Ela Sidi - Czcij ojca swego

Tytuł: "Czcij ojca swego"
Autor: Ela Sidi
Ilość stron: 310
Wydawnictwo: Smak Słowa
Premiera: 17.08.16









Czasy PRL-u. Sześcioletnia Ania i jej brat Adam po śmierci ukochanej matki, która wprowadzała ład i spokój w rodzinie, wychowywani są przez ojca alkoholika, który nie potrafi zapewnić swoim dzieciom ani godnego życia, ani odrobiny miłości. Funduje im za to ciągły strach, upokorzenie i ból...

Narratorkę książki, Anię, poznajemy, gdy dziewczynka chodzi do przedszkola, więc w przeważającej części patrzymy na punkt widzenia właśnie takiej małej, zagubionej w świecie osóbki. Trochę się bałam tego zabiegu, ale niepotrzebnie. Ania dopiero poznaje świat, pewne ludzkie zachowania są dla niej niezrozumiałe, inne są dla niej wartości, a w świecie dorosłych po prostu się gubi. Raz jest infantylnie i naiwnie, a raz smutno i poważnie, ale Ania, musząc radzić sobie sama, szybko dorasta. Jak dla mnie to świetnie poprowadzona narracja oczami dziecka. Taki zabieg ma jednak swoje wady, bo ciężko przez to poznać lepiej innych bohaterów, zrozumieć ich motywy, postępowanie. Pewne rzeczy zostaną zawsze w takim przypadku niedopowiedziane. Z drugiej jednak strony, książka jest przez to bardzo wzruszająca i mocniej dociera do czytelnika, bo czy można zignorować rozpaczliwy krzyk dziecka, krzyk, który jest wołaniem o pomoc?

Wspomnieć muszę też o surowym klimacie czasach PRL-u. Ja co prawda znam te realia tylko z opowieści, ale udało mi się przenieść w tamte czasy, poczuć tę biedę, zerknąć na przerażająco długie kolejki pod sklepami i świecące pustką półki. Poczułam tę surową atmosferę, tę bezbarwność i ludzką bezradność, co do czasów, w którym przyszło im żyć.

Ania nie ma w życiu szczęścia; urodzona w ciężkich czasach, w których bieda szaleje, ojciec alkoholik, znęcający się nad rodziną i mama, która zmarła zbyt szybko, wprowadzając po swojej śmierci niepokój w życie dzieci. Ania jednak próbuje odnaleźć się w tej okrutnej rzeczywistości, dorasta szybciej od swoich rówieśników, bo skazana jest właściwie sama na siebie. Dziewczyna ciągle jest poniżana i krzywdzona przez najbliższe jej osoby. Boi się zaufać i otworzyć, tłumi w sobie strach, wstydzi się.

"Czcij ojca swego" to historia o rodzinie. Historia, która niestety nie jest szczęśliwa, bo rodzina Ani i relacje w niej panujące od ideału i poprawności sporo odbiegają i zmuszają tym samym czytelnika do refleksji. To także powieść, która zwraca uwagę na problem alkoholizmu i jego skutki, które zawsze są tragiczne i niszczą nie tylko uzależnionego, ale przede wszystkich jego najbliższych. Autorka porusza tu także kwestię znęcania fizycznego i psychicznego, pokazuje, jak wydarzenia z dzieciństwa wpływają na późniejsze, dorosłe życie.

To nie jest łatwa lektura. Nie odstresujecie się przy niej i nie odetchniecie, ale rozważcie jej przeczytanie. Znajdźcie dla niej odpowiedni moment i poznajcie historię Ani. Warto!

Za książkę dziękuję wydawnictwu Smak Słowa oraz Business&Culture.

14.08.2016

Stephen King - Pan Mercedes

Ze Stephenem Kingiem zbytnio się nie lubię. Przeczytałam kilka jego książek i nigdy zachwycona nie byłam. Jego horrory dla mnie straszne nie są, ale za to rozwleczone i nudne. Wszystkich fanów za swoje słowa przepraszam.  Postanowiłam jednak dać mu kolejną, jeszcze jedną szansę, ale tym razem w innej odsłonie, bo sięgnęłam po powieść detektywistyczną. Ciekawi, jak King poradził sobie w tym gatunku i czy zdobył moje serce? Czytajcie dalej!



Tytuł: "Pan Mercedes"
Autor: Stephen King
Ilość stron:576
Wydawnictwo: Albatros
Pan Mercedes|Znalezione nie kradzione|Koniec warty







City Center, Targi Pracy i mnóstwo ludzi ustawiających się w długiej kolejce, by zdobyć pracę. I on, Brady Hartsfield, szaleniec, który postanawia się zabawić i ukradzionym mercedesem wjeżdża w przerażony tłum. Szybko zyskuje przydomek Pan Mercedes. Policji nie udaje się go złapać, a emerytowany już teraz policjant Bill Hodges, nie potrafi przestać myśleć o tej sprawie. Gdy pewnego dnia dostaje list od Pana Mercedesa, podejmuje jego grę i postanawia za wszelką cenę zniszczyć tego szaleńca.

Książkom tego autora często zarzucałam zbytnie rozwlekanie i przegadanie akcji, które mnie tylko nudziło. No cóż, wychodzi na to, że Stephen King już taki ma styl pisania i tego nie przeskoczę. Jednak w przypadku "Pana Mercedesa" jakoś mi to nie przeszkadzało. Może i nie zaszkodziłoby tę książkę skrócić, usuwając niepotrzebne opisy, ale te blisko 600 stron wręcz pochłonęłam i nie nudziłam się ani trochę. Dla mnie mogłaby mieć i tysiąc stron.

Co prawda można przewidzieć w jakim kierunku pójdzie ta historia, ale nie obyło się bez niespodzianek, nagłych zwrotów akcji i trzymającego do samego końca napięcia. Dla mnie była nawet trochę nietypowa, bo mimo że wiele książek kryminalnych przeczytałam, to zabójca, którego stworzył autor, zaskoczył mnie i też trochę przeraził. On po prostu coś w sobie ma, co czyni go w pewien sposób wyjątkowym. Cieszę się, że autor zdecydował się od razu odkryć przed czytelnikiem sprawcę, bo można go lepiej w ten sposób poznać, zajrzeć do jego psychiki, zobaczyć, co kryje się pod maską młodego, z pozoru zwykłego, mężczyzny. Zabójca ma w tej książce swój udział, nie jest anonimowy, powiedziałabym nawet, że autor tchnął w niego życie. I to właśnie mi się u Kinga spodobało i stworzyło taką wyjątkową, ciężką do opisania atmosferę. Tak jak już wspomniałam; wiele kryminałów przeczytałam, ale przy czytaniu tego towarzyszyły mi całkiem inne uczucia nieporównywalne przy żadnym innym tytule.

Co jeszcze mi się spodobało? Bohaterowie. Autor naprawdę stworzył świetne postaci, tchnął w nie życie, pozwolił się z nimi przede wszystkim poznać. O mordercy już wspominałam, więc nie będę się powtarzać, ale oprócz niego sporo tu jeszcze innych bohaterów. Bill Hodges może i jest przewidywalny; emerytowany gliniarz, który na emeryturze na pewno nie siedzi bezczynnie i nie potrafi zapomnieć o swojej pracy. Jest jednak tak sympatyczny, że nie da się go nie lubić, wniósł do tej powieści sporo humoru i błyskotliwych dialogów.


Cieszę się, że postanowiłam dać Kingowi jeszcze jedną szansę i sięgnęłam po "Pana Mercedesa". Dla mnie taka odsłona autora okazała się strzałem w dziesiątkę i sprawiła, że na pewno jeszcze po inne jego książki sięgnę, mimo początkowej niechęci. Tym tytułem King mnie po prostu kupił!

11.08.2016

Językowo: Podcasty, które polecam

W listopadzie 2015 roku postanowiłam walczyć ze swoimi językowymi słabościami i popracować nad moim rozumieniem ze słuchu. Było u mnie pod tym względem naprawdę bardzo, bardzo źle. Chociaż wiele słówek znałam i z czytaniem ze zrozumieniem problemów nie miałam, to słuchanie było dla mnie koszmarem.

Postanowiłam jednak to zmienić, bo przecież rozumienie ze słuchu jest razem z mówieniem najważniejszą umiejętnością w komunikacji. Początki były ciężkie i frustrujące, ale z każdym miesiącem było tylko lepiej. 

A co mi pomogło?

Oglądałam oczywiście filmiki na youtube, od czasu do czasu seriale, filmy animowane. Ale najwięcej dało mi regularne słuchanie podcastów. Przez pół roku słuchałam ich codziennie i efekty naprawdę są, bo teraz rozumiem znacznie więcej i co najważniejsze, czerpię przyjemność z oglądania anglojęzycznych filmików, a nie frustrację, tak jak to było przedtem.

Podcast, a co to takiego?
Podcast, to najprościej mówiąc, publikacja dźwiękowa, najczęściej w postaci regularnych odcinków. Mnie początkowo to określenie kojarzyło się tylko z nauką języków, bo ja akurat korzystałam z podcastów typowo dla osób uczących się angielskiego, ale teraz odkryłam, że można je znaleźć w zasadzie o wszystkim, więc każdy znajdzie coś dla siebie.

Ja jednak dzisiaj o podcastach typowo do nauki:)

Ja często słuchałam podcastów na komputerze, ale można je pobrać np. na telefon. Wybór należy do Was. 


Co polecam?

Angielski amerykański

ESL - KLIK
Od tych podcastów wszystko się zaczęło. Spodobało mi się w nich to, że są to dosyć krótkie nagrania, więc na początek były idealne. Nowe nagrania pojawiają się średnio co dwa dni, a ich baza jest bardzo bogata, więc śmiało można korzystać.

Do wyboru mamy dwa rodzaje podcastów.

I
Każde nagranie opiera się na schemacie: najpierw wysłuchujemy dialogu (w zwolnionym tempie), potem prowadzący po angielsku tłumaczy ten dialog, zwracając uwagę na ważne konstrukcje i trudniejsze słówka. Na koniec słuchamy jeszcze raz dialogu, tym razem w normalnym tempie.

Podcasty są podzielone na kategorie; codzienne życie, relacje, jedzenie, czy biznes. 


II
Tzw. "English Cafe". Te nagrania już różnią się od tych, o których pisałam wyżej; pojawiają się trochę rzadziej, są dłuższe i jednak dla osób bardziej zaawansowanych. English Cafe to taka audycja, w której poruszane są różne tematy; czasami jeden, czasami kilka. Często jest to historia znanych ludzi, coś o filmach, programach piosenkach. Potem prowadzący odpowiada na kilka pytań od słuchaczy, dotyczących np. językowych konstrukcji, różnicy pomiędzy danymi słówkami itd.  

Ja zaczynałam od tych krótkich podcastów, bo English Cafe na początku były dla mnie zbyt trudne. Teraz natomiast sięgam głównie po nie, bo dialogi często są dla mnie zbyt proste.:)

Let's Master English - KLIK
To mój faworyt. Naprawdę żałuję, że jest tylko 56 odcinków, bo słuchałam ich z ogromną przyjemnością!
Coach Shane jest genialnym prowadzącym!



Podcasty są podzielone na trzy części; w pierwszej słuchamy krótkiej wiadomości (są one często humorystyczne i ogólnie interesujące. W pierwszej kolejności słuchamy jej w normalnym tempie, drugi raz w zwolnionym), a Shane zdanie po zdaniu po angielsku tłumaczy, o co w niej chodziło, potem są odpowiedzi na pytania słuchaczy, a na koniec językowe wskazówki. 

The Power Learning Podcast - KLIK
The Power Learning Podcast to 24 odcinki dotyczące typowo nauki języka - prowadzący daje nam wskazówki, które mają nam pomóc w nauce. 


Angielski brytyjski

BBC Podcast - KLIK
Co tu dużo pisać, tematyka tych podcastów jest tak różnorodna, że każdy znajdzie coś dla siebie.  Ja co prawda zbyt wiele z tej stronki nie korzystałam, bo jakoś łatwiej było mi na początku z amerykańskim angielskim, ale teraz, w ramach przygotowania do matury, zacznę słuchać i brytyjskiego angielskiego właśnie z BBC.

A podcasty typowo do nauki angielskiego znajdziecie TUTAJ np. 6 Minute English



Podcasty to naprawdę świetna sprawa, przekonajcie się sami! A może już z nich korzystacie? Jakie możecie polecić?

Więcej postów dotyczących nauki języków znajdziecie w kąciku językowym - KLIK

08.08.2016

Guillaume Musso - Telefon od anioła

Kilka lat temu udało mi się wygrać audiobooka tej książki. Trochę przesłuchałam, ale szybko mi się znudziło, bo taka forma "czytania" jednak nie jest dla mnie. Pamiętam za to, że książkę wzięłam za romans i jakoś nigdy nie czułam większej potrzeby, by sięgać po wersję papierową. A jednak się skusiłam, bo są wakacje i szukałam czegoś lekkiego i poprawiającego humor. Stwierdziłam, że nie zaszkodzi wypożyczyć tej książki, tym bardziej, że jest bardzo znana i chwalona.



Tytuł: 'Telefon od anioła"
Autor: Guillaume Musso
Ilość stron: 415
Wydawnictwo: Albatros








Czasami jedno niefortunne zdarzenie może zmienić całe twoje życie, a przekonali się o tym Madeline i Jonathan. Ona jest paryską kwiaciarką, on znanym szefem kuchni, którego kariera nagle legła w gruzach. Poznają się na lotnisku, w dosyć nieprzyjemnych okolicznościach; biegnąc do jedynego wolnego stolika, wpadają na siebie i przez przypadek zamieniają telefonami komórkowymi. Gdy orientują się, że nie swoje komórki mają, jest już za późno, bo dzielą ich tysiące kilometrów. Madeline i Jonathan kontaktują się ze sobą i obiecują natychmiast odesłać nieswoją własność, ale ciekawość sprawia, że oboje przeglądają ich zawartość, by dowiedzieć się o sobie coś więcej,

Jestem naprawdę zaskoczona tą książką. Przed jej wypożyczeniem przeczytałam tylko opis z tyłu okładki, który w ogóle nie sugerował, co tak naprawdę zastanę na jej kartach. Byłam przekonana, że będzie to lekka historia, typowy romans itd. A dostałam coś więcej, bo znalazło się tutaj miejsce i na zagadkę kryminalną i to nie byle jaką, bo naprawdę okazała się niezwykle intrygująca i sprawiła, że wręcz nie mogłam się oderwać. W pewnym momencie z zabawnej historii robi się thriller na dobrym poziomie, z zaskakującym zaskoczeniem. Naprawdę nie tego się spodziewałam, ale cieszy mnie ten wątek ogromnie!

Po tak udanym pierwszym spotkaniu z tym autorem, po inne jego książki muszę obowiązkowo sięgnąć. Już nie mogę się doczekać!

05.08.2016

Jodi Picoult - Już czas

Tytuł: "Już czas"
Autor: Jodi Picoult
Ilość stron: 512
Wydawnictwo: Prószyński i Ska










Nie ukrywam, że przyzwyczajona jestem do innego oblicza Jodi Picoult. Ciągle mam w pamięci jej genialne "Bez mojej zgody" i inne powieści typowo obyczajowe. Natomiast w "Już czas" autorka pokazała mi się z innej strony, co było dla mnie pewnym zaskoczeniem - ale pozytywnym.

Trzynastoletnia Jenny Metcalf po dziesięciu latach od zaginięcia swojej matki Alice nadal nie może się z tym pogodzić. Postanawia wziąć sprawy w swoje ręce i rozpoczyna własne śledztwo. Jedyne, co pozostało po jej matce, to pamiętnik, w którym notowała wszystko, co dotyczyło jej pracy w rezerwacie i badania dotyczące słoni.  Jedynymi sprzymierzeńcami Jenny okazują się słynna jasnowidzka Serenity oraz policjant Virgil, który dziesięć lat wcześniej zajmował się tą sprawą.

"Już czas" to w pewnym sensie też książka przyrodnicza, bo autorka sporo czasu poświęciła słoniom. I chociaż początkowo nie podobał mi się ten wątek i raczej ze znudzeniem czytałam kolejne strony, to potem się przekonałam i stawałam się coraz bardziej zafascynowana życiem tych zwierząt, ich "uczuciowością". Przyznać też muszę, że autorka ukazała przez to swoją oryginalność, bo połączenie wątku kryminalnego, o którym za moment, z przyrodniczym, obyczajowym i jeszcze spirytystycznym nie jest często spotykane.

Teraz pora, by powiedzieć coś na temat wątku kryminalnego, bo i taki jest tu obecny. Biorąc pod uwagę, że autorka na co dzień obraca się wokół innej tematyki, to jest naprawdę dobrze. Z zaciekawieniem śledziłam poczynania zdeterminowanej, nastoletniej córki, detektywa i jasnowidzki, którzy na własną rękę próbowali wyjaśnić zaginięcie Alice.

Początkowo ta historia toczyła się bardzo realistycznie, ale czym dalej byłam, tym bardziej czułam, że autorka coś przede mną ukrywa i że to nie jest historia, jakiej się spodziewałam. I zakończenie to potwierdziło, bo naprawdę byłam w dużym szoku, jak je poznałam. Nagle pewne sprawy nabrały większego sensu i sporo się wyjaśniło. Ktoś może powiedzieć, że autorka przekombinowała, ale mnie się spodobało.

Zakończenie zakończeniem, ale co z wcześniejszymi stronami? No i tutaj już tak kolorowo i ciekawie nie zawsze było. Jodi Picoult uwielbiam, ale czasami ma słabsze momenty. I to właśnie jeden z nich. Ogólnie mi się podobało, ale było nierówno. Były rozdziały, które najchętniej bym pominęła, bo mnie nudziły. Czasami miałam też ważenie, że autorka nie do końca sobie to wszystko przemyślała i wyszedł trochę taki miszmasz. Nazwisko Jodi Picoult zawsze równało się dla mnie emocje. Tym razem wzruszona nie byłam, jakiś większych przemyśleń także nie czyniłam. Ale ogólnie nie było źle, a książkę oceniam jako dobrą. Może niekoniecznie poleciłabym ją na pierwsze spotkanie z autorką (za to "Bez mojej zgody" już zdecydowanie tak, więc jeśli jeszcze nie czytaliście to koniecznie musicie to zmienić!), ale jeżeli lubicie jej powieści o myślę, że warto poznać jej inne oblicze.

03.08.2016

Podsumowanie lipca 2016

Długo oczekiwane wakacje wreszcie nadeszły, a wraz z nimi wielki plany i zamiary, które oczywiście miałam zrealizować. Miałam wykorzystać ten czas na maksa, spędzić niezapomniane chwile itd. Życie jednak pisze własne scenariusze, rzuca kłody pod nogi w najbardziej nieoczekiwanych momentach. Tak więc lipiec spędziłam w domu, nie robiąc właściwie nic konkretnego. Sierpień zapowiada się niestety podobnie. Ale może wpłynie to pozytywnie na mój czytelniczy i filmowy wynik, haha.


Z nudów zaczęłam nawet oglądać Dextera i przyznać muszę, że niesamowicie się wciągnęłam i pochłaniam odcinek za odcinkiem. Obecnie jestem w czwartym sezonie i w dalszym ciągu się zachwycam. A drugi sezon po prostu wymiata. Chyba muszę częściej oglądać seriale, bo to świetny sposób na leniwe spędzenie wolnego czasu.

W lipcu przeczytałam 10 książek + 2, których nie dokończyłam czytać, bo mi się nie podobały, ale i tak w sumie dały aż 600 stron (600 stron zmarnowanego czasu, ale trudno):

1. Jo Nesbo - "Policja"
2. Bartek Popiel - "Przestań jęczeć i weź się wreszcie do roboty" (darmowy ebook z bloga autora)
3. Remigiusz Mróz - "W cieniu prawa"
4. Jojo Moyes - "Zanim się pojawiłeś"
5. Jojo Moyes - "Kiedy odszedłeś" 
6. Jay Asher - "Trzynaście powodów"
7. Jodi Picoult - "Już czas"
8. Colleen Hoover - "Ugly love"
9. Richard Paul Evans - "Drzwi do szczęścia"
10. Guillaume Musso - "Telefon od anioła"

I dwie niedoczytane:
11. Aleksanda Marinina - "Stylista"
12. Jojo Moyes - "Srebrna zatoka"
W obu przypadkach przeczytałam po 300 stron.

Jeżeli chodzi o lipcowe lektury to miałam raczej pecha i trafiały mi się tytuły przeciętne. Zachwyciło mnie jedynie "Zanim się pojawiłeś" Jojo Moyes, "Telefon od anioła" natomiast okazał się dużym zaskoczeniem, ale bardzo pozytywnym. Reszta to takie średniaki. Oby sierpień obfitował w lepsze lektury.

W lipcu mój blog obchodził też swoje 4 urodziny!  Aż ciężko mi uwierzyć, że tak długo tu jestem. Były upadki i kryzysy, ale mimo wszystko chęci do blogowania nadal mam. Moje podejście co prawda się zmieniło, ale i 5 urodziny zamierzam obchodzić:) Post urodzinowy znajdziecie TUTAJ.

Plany na sierpień? Jeśli się uda to chciałabym gdzieś wyjechać, przynajmniej na trochę, ale to już zależy od mojego kapryśnego zdrowia. W planach mam też oglądanie Dextera i nadrobienie filmowych zaległości. No i oczywiście mnóstwo książek, które już czekają na półce.

A jak Wasz lipiec? Jaką najlepszą książkę poznaliście w ubiegłym miesiącu?


01.08.2016

Językowo: English Matters 59

Mój wysłużony komputer stacjonarny padł. Z racji braku nowego sprzętu publikacje na bloga opóźniły się, ale teraz, z nowym laptopem, mogę już działać.

Dzisiaj znowu o nauce angielskiego, bo wakacje to mimo wszystko idealna pora, by ogarnąć języki. Ja przyznaję, że trochę się rozleniwiłam i do tradycyjnych metod z podręcznikami mnie nie ciągnie, więc ratuję się anglojęzycznymi książkami, filmikami i magazynem English Matters, który do mojej torebki się mieści i jest idealny do poczytania chociażby na plaży.


Nr 59 English Matters to wydanie na lipiec/sierpień, ale typowo wakacyjne to ono nie jest. Tym razem wzrok przyciąga Leonardio DiCaprio.

DiCaprio na okładce, ale w środku również nasz Robert Lewandowski, więc wszyscy fani piłki nożnej powinni być usatysfakcjonowani. Na uwagę zasługą ciekawostki z jego życia zebrane w jednym miejscu.

Kolejny artykuł w formie wywiadu poświęcono miłości, a konkretnie znanemu portalu randkowemu, którego założycielem jest Matt Fuller. Jeżeli jesteście ciekawi, jak takie miejsce funkcjonuje i dlaczego przyciąga tak wiele osób, przeczytajcie koniecznie.

A teraz pora na gwiazdę z okładki, czyli słynnego i znanego chyba wszystkim aktora - Leonardo DiCaprio. Ja co prawda nigdy się w nim nie podkochiwałam i nie szaleję na jego punkcie, ale z przyjemnością dowiedziałam się o nim czegoś więcej i chcę nadrobić filmowe zaległości, żeby zobaczyć go na ekranie.


Później przeczytać możemy o Scotland Yard, czyli o najsławniejszym komisariacie na świecie, amerykańskich prezydentach, czy też poznać historię najpopularniejszych dialogów z różnych brytyjskich filmów.


Co jeszcze w tym numerze? Artykuł o chwytliwym tytule, z którym nie mogę się nie godzić, bo "English is sexy", prawda? A w dziale Travel czeka na nas podróż do Bali na Oceanie Indyjskim. Dla mnie to miejsce wydaje się idealne na spędzenie wakacji. Najlepiej na całe dwa miesiące.

A na koniec jeszcze dwa artykuły; pierwszy o historii tańca w filmach, kolejny to analiza utworu "Footloose"z musicalu o tym samym tytule. Zresztą posłuchajcie sami:)

Tradycyjnie obecne są słowniczki z trudniejszymi słówkami przy każdym artykule, a niektóre teksty możemy sobie dodatkowo odsłuchać,  przy okazji poznając od razu wymowę danych słówek. Ze strony internetowej magazynu można też pobrać listę słówek z tego numeru oraz karty pracy.

 Za możliwość przeczytania dziękuję wydawnictwu Colorful Media.


Więcej postów dotyczących nauki języków znajdziecie w kąciku językowym - KLIK

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka