18.06.2017

Językowo: Mówienie, czyli gdy nagle brakuje Ci słów

Uczę się angielskiego już naprawdę długo, bo od 4 klasy szkoły podstawowej. I naprawdę bardzo ubolewam nad tym, że tak mały nacisk kładzie się na mówienie. Daje się za to uczniom listy słówek, robi testy gramatyczne, czasami zadaje wypracowanie. A mówienie ogranicza się do przeczytania kilku zdań z podręcznika. Nic więc dziwnego, że umiejętność ta przysparza tyle problemów i jest źródłem stresu.


Rozumiem naprawdę dużo jeśli chodzi o słuchanie i czytanie po angielsku (czytuję nawet powieści w oryginale). Ale mówienie... Mówienie wpędza mnie w ogromy stres, zaczynam się jąkać, zapominam najprostszych słów, przerasta mnie moja blokada językowa, boję się, że zostanę niezrozumiana...



Ale, ale! Wreszcie dojrzałam do tego, by zacząć mówić, by zrobić coś z tą moją językową słabością. Dotychczas myślałam, że wystarczy na początek mówić do siebie w myślach. Sposób niby dobry, ale w moim przypadku totalnie się nie sprawdził. Bo wiecie, w swojej głowie potrafię tworzyć genialne wypowiedzi, wszystko jest takie płynne. Ale już powiedzenie tego na głos przed kimś innym takie proste i perfekcyjne zdecydowanie nie jest.

Wreszcie, po ponad roku zabierania się do tego, zrobiłam krok naprzód i założyłam konto na portalach wymiany językowej. Jest tego naprawdę sporo i jestem przekonana, że zawsze znajdziecie kogoś, kto będzie chciał z Wami porozmawiać (porozmawiać, a nie tylko czatować!). Ja znalazłam swojego partnera do rozmów na polyglotclub.com jeszcze tego samego dnia. Działa to na zasadzie wymiany językowej; ja uczę kogoś polskiego (jeśli chce, oczywiście), a w zamian ktoś uczy mnie angielskiego.

Co prawda, jestem dopiero po dwóch rozmowach (za to całkiem długich), ale chciałam Was zachęcić do spróbowania i rozmawiania! I mówi to osoba szalenie nieśmiała, przerażona kamerkami internetowymi, z zerową pewnością siebie, nieprzyzwyczajona do mówienia po angielsku i brzmienia swojego głosu. Uwierzcie, najgorsza jest pierwsza minuta rozmowy, potem jest już z górki.

Te dwie rozmowy niewiele jeszcze zmieniły jeśli chodzi o moje umiejętności mówienia, ale uświadomiły mi z czym mam problem i, co najważniejsze, pokazały, że nie ma się czego bać i wstydzić. Ok, zdarza się, że nieudolnie sformułuję pytanie (a z tym mam czasem problemy), ale ostatecznie i tak zawsze się z moim partnerem dogadam. Podbudowujące jest też to, że pomimo błędów można mnie zrozumieć, więc nie jest ze mną tak źle. Czuję się już trochę pewniej, mówię głośniej i śmielej. Żałować mogę jedynie, że zdecydowałam się tak późno.

Przyznaję, że bałam się rozmawiać z zupełnie obcą osobą (tutaj włącza się moja nieśmiałość i introwertyzm). Mój partner mieszka w Indiach i nie jest native speakerem, ale angielski zna na poziomie komunikatywnym, jest na wyższym poziomie ode mnie (a to dla mnie było najważniejsze). Jest starszy, ale póki co nie brakuje nam tematów do rozmów. Cieszę się, że tak dobrze trafiłam i to za pierwszym razem, bo nie zniechęciłam się już na samym początku. Wiadomo; na takich stronkach z pewnością nie brakuje zboczeńców i osób, które mają złe zamiary, ale są też osoby, które naprawdę chcą się czegoś nauczyć, pomóc innym, poznać inne kultury. Także warto próbować, tym bardziej, że jest to darmowe i nic nie tracimy. Możemy tylko zyskać,


Jeśli jeszcze tego nie zrobiliście, to odważcie się! Pamiętajcie, że mówienia można nauczyć się TYLKO poprzez mówienie. Innej drogi nie ma.

15.06.2017

Wojciech Kuczok - Czarna


Tytuł: "Czarna"
Autor: Wojciech Kuczok
Ilość stron: 260
Wydawnictwo: Od deski do deski

Jeremi jest lokalnym przedsiębiorcą. Dobrze mu się powodzi, ma swoją firmę, żonę i trójkę dzieci oraz szacunek społeczeństwa, bo w końcu zatrudnia u siebie mnóstwo mieszkańców Czarnej. Brakuje mu jednak prawdziwej miłości, bo jego uczucie do żony Beaty w przeciągu kilkunastu lat małżeństwa gdzieś wyparowało. Właściwie to stała się ona dla niego przestarzałym sprzętem, który jest już bezużyteczny, ale jednak szkoda go wyrzucić.

I nagle zjawia się Ona. Maria. Jest młodsza, bo 30-letnia, piękna, pracuje jako nauczycielka w szkole jego syna. Uczucie rozwija się szybko, nie brakuje namiętności i seksu. Jeremi prowadzi podwójne życie i czuje się z tym dobrze. Ale do czasu. Bo Maria chce czegoś więcej niż tylko seksu. Chce swojego ukochanego na wyłączność. Pragnie mieć z nim dziecko, razem zamieszkać. Chce być tą jedyną, a nie kochanką, którą trzeba ukrywać. Ale w życiu Jeremiego na pierwszym miejscu jest jego syn Pawełek...

"Czarna" to historia fikcyjna, ale zainspirowana prawdziwymi wydarzeniami. Nie jest tajemnicą, że oczekiwać należy na kartach tej powieści jakieś tragedii. Ta, owszem, jest, trzeba tylko na nią poczekać. I chociaż książka nie obfituje w nagłe zwroty akcji, czy sceny rodem z horroru, to jest świetna pod względem portretów psychologicznych. Mamy tu obraz szaleńczo zakochanej kobiety, która tak mocno angażuje się w związek, że nie radzi sobie z odrzuceniem. Kochanek jest dla niej wszystkim, a z niezależnej kobiety staje się niewolnicą własnych uczuć.

Wychowałam się i na chwilę obecną nadal mieszkam w malutkiej miejscowości, więc historia przedstawiona w "Czarnej" jest dobrze dla mnie zrozumiała. Takie małe mieściny mają to do siebie, że nie pozwalają człowiekowi na prywatność. Gdy wszyscy się znają, nie ma miejsca na anonimowość i robienie tego, co nam się podoba, bez ingerencji i komentarzy innych osób. Życie w takim miejscu łatwe nie jest i bohaterowie sami się o tym przekonali. W Czarnej ciężko doszukiwać się jakiś pozytywów. Czuć za to przytłaczający klimat, wieczny pesymizm i krążące w powietrzu plotki. W Czarnej jesteś ciągle na celowniku, pod czujnym okiem wścibskiej sąsiadki. Żyjesz pod dyktando innych, ograniczasz się...
Może trochę zboczyłam z tematu, ale według mnie miejsce zamieszkania bohaterów mogło w znaczny sposób wpłynąć na rozwój tej historii, na tragiczny finał.

"Czarna" to kolejna książka z serii Na F/Aktach, którą serdecznie mogę polecić. To historia, którą warto poznać!

01.06.2017

Podsumowanie maja

Kolejny miesiąc przed nami, a wakacje zbliżają się wielkimi krokami. Dziś Dzień Dziecka, dlatego życzę Wam wszystkiego najlepszego, bo przecież każdy z nas, niezależnie od wieku, ma w sobie coś z dziecka.


Maj to mój ulubiony miesiąc; czuję większą radość, bo pogoda zwiastuje już nadchodzące lato. W maju też się urodziłam, więc to pewnie temu mój ulubiony czas w roku.

Wracając jednak do książek. Przeczytałam aż 11 pozycji i w większości okazały się naprawdę bardzo dobre:
1. Jodi Picoult - "Małe wielkie rzeczy"
2. Gilly Macmillan - "Dziewięć dni"
3. Dorota Terakowska - "Tam, gdzie spadają anioły"
4. Przemysław Piotrowski - "Radykalni. Terror"
5. Donna Tartt - "Szczygieł"
6. Ks. Jan Kaczkowski, Joanna Podsadecka - "Dasz radę"
7. Remigiusz Mróz - "Deniwelacja"
8. Joy Fielding - "Nie ma jej"
9. Collen Hoover - "Confess"
10. Nadia Hashim - "Dom bez okien"
11. Wojciech Kuczok - "Czarna"

Razem 4233 strony.

Czytam sporo, gorzej z regularnym pisaniem o przeczytanych książkach. Ja jednak tak już mam, że jeżeli do recenzji nie zabiorę się od razu po przeczytaniu książki albo jeszcze w tym samym dniu, to najprawdopodobniej już jej nie napiszę. Zauważyłam też, że najchętniej piszę o książkach naprawdę dobrych, bo na te przeciętne chyba już szkoda mi czasu.

W maju zaczęłam też oglądać świetny serial psychologiczny - "Magię kłamstwa". Pokazuje on, jak dużo można oczytać z mowy ciała. Serial jest naprawdę warty obejrzenia i na pewno nie będzie on stratą czasu, ale okazją do nauki. Osobiście nie potrafiłabym pochłonąć go w tydzień, bo uważam, że lepiej go sobie dawkować, więc jeśli macie mniej czasu wolnego i nie chcecie przykleić się do monitora na długie godziny to tym bardziej zachęcam.


Rozpoczęłam też 4 sezon serialu "How I met your mother?". Jest on oczywiście dostępny w języku polskim, ja jednak uczę się z nim angielskiego i oglądam w oryginale. Serial jest śmieszny, odcinki krótkie, fajny do nauki języka. To coś w stylu "Friends".


Jak minął Wam maj? 

28.05.2017

Simon Beckett - Zimne ognie



Tytuł: "Zimne ognie"
Autor: Simon Beckett
Ilość stron: 353
Wydawnictwo: Czarna Owca

Kate Powell jest singielką, odnosi sukcesy zawodowe i lubi sama o sobie decydować. Jednak w pewnym momencie swojego życia odkrywa, że czegoś jej jednak brakuje. Pragnie dziecka, ale po nieudanym związku nie chce pakować się w kolejny. Decyduje się zatem na inseminację. ale chce zrobić to na własnych zasadach i sama znaleźć dawcę, by wiedzieć, kto będzie ojcem dziecka. Na jej ogłoszenie szybko odpowiada Alex Turner - psycholog kliniczny, który zdaje się być kandydatem idealnym.

Znając genialną "Chemię śmierci" tego autora i kolejne książki z tej serii, czuję się bardzo "Zimnymi ogniami" zawiedziona. Nigdy bym nie powiedziała, że tak "łagodna" i tak pozbawiona emocji powieść może wyjść z rąk pana Becketta. Aż ciężko w to uwierzyć.

Książkę przeczytałam bardzo szybko, ale tylko temu, żeby jak najszybciej sięgnąć po coś innego. Niestety, ale więcej w niej wad niż zalet. Przede wszystkim "Zimne ognie" to książka przewidywalna od początku do końca, zupełnie pozbawiona elementów zaskoczenia, do których jestem u pana Becketta przyzwyczajona. Po drugie, naiwność głównej bohaterki okropnie mnie raziła i zastanawiałam się, gdzie ta niby ostrożna kobieta ma w ogóle mózg, bo jej zachowanie i przemyślenia sobie zaprzeczały. Po trzecie, wieje nudą. Nie dość, że książka długo próbuje się rozkręcać to ostatecznie ciężko powiedzieć, że w ogóle to robi. Autor wszystko przeciąga, robiąc z "Zimnych ogni" bardzo średnią powieść obyczajową, a nie thriller.

Żeby nie było tak negatywnie to wspomnę o zaletach, na które zwróciłam uwagę. Cieszy mnie bowiem fakt, że autor zwrócił uwagę na potężną moc portali społecznościowych, pokazał, jak w łatwy sposób mogą zniszczyć życie i jak szybko rozprzestrzeniają się informacje. Hmmm, i to chyba tyle z zalet.

Jeśli chodzi o Becketta to z czystym sumieniem polecić mogę serię z Dr Davidem Hunterem - na pewno się nie zawiedziecie. Zaś "Zimne ognie" lepiej sobie odpuścić.

20.05.2017

Przemysław Piotrowski - Radykalni. Terror

Po raz pierwszy z twórczością Przemysława Piotrowskiego spotkałam się przy okazji czytania "Drogi do piekła". Książka była mocna, zdecydowanie męska i nie ukrywam, że bardzo mi się spodobała. Nie wahałam się więc ani chwili, gdy zobaczyłam "Radykalnych. Terror". Już sam opis jest zapewnieniem, że książka jest brutalna i nic dziwnego, że jeszcze przed jej wydaniem zaczęła budzić kontrowersje...


Tytuł: "Radykalni. Terror"
Autor: Przemysław Piotrowski
Ilość stron: 410
Wydawnictwo: Videograf
Tom: I
Cykl: Radykalni

Jest rok 2023. Układ z Schengen jest już przeszłością, a Europa pogrąża się w coraz większym kryzysie. Radykalni Muzułmanie stopniowo przejmują świat, wprowadzają strefy szariatu. Na ulicach robi się niebezpiecznie.

Hiszpania. Kuba jest polskim studentem i przebywa tu na studenckiej wymianie. Zakochuje się w pięknej Arabce - Nawal - z którą spodziewa się dziecka. Niestety ich szczęście nie trwa długo, bo kobieta zostaje brutalnie zabita przez własną rodzinę, a Kuba oraz jego przyjaciel Michał ledwo uchodzą z życiem. To jednak nie koniec koszmaru, bo porwana zostaje Monika - partnerka Michała.

Choć ta historia jest tylko fikcją literacką, to nie da się ukryć, że może ona za jakiś czas stać się prawdziwa, a  podobny obraz zobaczymy na ulicach naszych miast. Czytając tę książkę wielokrotnie byłam w szoku. Zaczęłam z jeszcze większym niepokojem patrzeć w przyszłość. Uderzyło mnie, jak mimo tej całej fikcji, ta historia jest prawdziwa, jak trafne są spostrzeżenia autora. Ta książka to prawdziwy horror, w którym największym potworem jest człowiek. Nie, przepraszam. To jeszcze gorsze niż horror.

Byłam przygotowana na mocną lekturę i się nie zawiodłam. Brutalność wręcz wylewa się z kart powieści. Nie brakuje krwawych i przerażających scen, które poruszą chyba każdego, bo nie można ze spokojem czytać o takim okrucieństwie, gdzie człowiek jest człowiekowi największym wrogiem. Książka jest mroczna i ponura, a opisy dosadne i zdecydowanie dla osób o mocnych nerwach!

Nienawiść to słowo klucz tej powieści. A gdzie jest nienawiść tam w końcu jest i wojna. Autor w perfekcyjny sposób pokazał, jak rodzi się nienawiść, jak szybko się rozwija oraz do czego zdolny jest ogarnięty nią człowiek.

Dodam jeszcze, że autor przekazuje sporo wiedzy na temat islamu. Przyznać muszę, że dowiedziałam się wiele nowego zarówno o wyznawcach tej religii , jak i jej samej. Autor na koniec też wspomina, że miał w swoim życiu styczność z radykalnymi islamistami, więc zdecydowanie można mu zaufać i potraktować tę książkę jako sprawdzone źródło wiedzy.

Jestem przekonana, że o tej książce będzie głośno oraz że ta seria (bo "Radykalni. Terror" to na razie tylko pierwszy tom) odniesie wydawniczy sukces. To jest tytuł, który nie tylko warto, ale który TRZEBA, koniecznie TRZEBA przeczytać!

Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Videograf!

14.05.2017

Chris Carter - Rzeźbiarz śmierci



Tytuł: "Rzeźbiarz śmierci"
Autor: Chris Carter
Ilość stron: 424
Wydawnictwo: Sonia Draga
Tom: IV
Cykl: Robert Hunter






Ktoś w brutalny sposób morduje prokuratora Dereka Nicholsona, ćwiartkując jego ciało, a z odciętych części tworząc dziwną rzeźbę. Sprawa od razu staje się priorytetowa i pełna niewiadomych, bo Nichalson i tak był umierający na raka i nie pozostało mu już wiele czasu, więc po co to morderstwo? Robert Hunter wie, że trzeba szybko ująć sprawcę, bo może zaatakować ponownie.

"Rzeźbiarz śmierci" to czwarta część z serii z Robertem Hunderem i zarazem czwarta książka tego autora, którą poznałam w ciągu ostatnich dwóch miesięcy. Generalnie od początku byłam zachwycona piórem pana Cartera i jego tytuł czytało mi się rewelacyjnie, wprost nie mogłam się oderwać. Tak też było i tym razem, ale nie bez "ale"...

"Ale", ponieważ mam wrażenie, że powoli chyba się przejadłam jego twórczością. To, co początkowo zachwycało, teraz stało się normalne, a ja zaczęłam zauważać coraz więcej podobieństw do poprzednich tytułów i pewną schematyczność. Owszem, przedstawiona w "Rzeźbiarzu śmierci" zbrodnia jest wymyślna i brutalna, do czego autor już mnie przyzwyczaił, ale w sposobie jej rozwiązania jest już ta powtarzalność. Bo wiecie, Robert Hunter to policyjny geniusz, mistrz psychologii, znawca ludzkich zachowań itd. Wcześniej, czy później, rozwiąże każdą zagadkę. Ale mnie już chyba zaczyna powoli nudzić to jego "wszechwiedzenie". Cóż, może błąd jest po mojej stronie, bo powinnam sobie dawkować jego książki, a nie czytać je właściwie jedna za drugą, bo wtedy ewentualne mankamenty są bardziej odczuwalne. Dodam tu jeszcze, że trochę denerwujące jest powtarzanie, jak to partner z pracy Roberta poznał swoją żonę. Dla nowych czytelników, którzy nie czytają po kolei może to i dobrze, ale dla osoby, która jest świeżo po przeczytaniu poprzednich tomów, powoduje to tylko znużenie.

Mimo tego uczucia, że "to już było" nie mogę nie napisać, że i ta mi się podobało, a książkę pochłonęłam. Swoje oczywiście robią króciutkie rozdziały i na przeczytaniu jednego się na pewno nie kończy. Jest trochę leniwiej niż w poprzednich tomach, zbrodnie nie są aż tak brutalne, a już na pewno nie są aż tak brutalnie opisane, jak to było poprzednio.

Jako że jest to seria o Robercie Hunterze normalnym jest, że jego życie prywatne ma znaczenie. Tutaj jednak kompletnie jest to zaniedbane, właściwie nie dzieje się u niego nic ciekawego. Tak, jakby autor przestał mieć pomysł na tą postać i skupiał się tylko na jego geniuszu w pracy.

Po kolejną część również zamierzam sięgnąć, ale to za jakiś czas. Teraz muszę od tej serii odpocząć.

08.05.2017

Jodi Picoult - Małe wielkie rzeczy



Tytuł: "Małe wielkie rzeczy"
Autor: Jodi Picoult
Ilość stron: 609
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka

Jodi Picolut to jedna z moich ulubionych autorek. Cenię sobie jej twórczość za dojrzałość i tematykę, która zawsze zmusza mnie do refleksji i wywołuje szereg emocji. Jej książki zdecydowanie zapadają w pamięć.

Ruth Jefferson od dwudziestu lat pracuje w szpitalu jako położna. Kobieta uwielbia swoją pracę i wykonuje ją z największą starannością i zaangażowaniem. Jest lubiana przez swoje współpracownice, cieszy się ich szacunkiem, a pacjentki ją uwielbiają. Pewnego dnia wszystko się zmienia. Rodzi się Davis, a jego rodzice, Turk i Brit, nie życzą sobie, by Ruth zbliżała się do ich syna, bo kobieta jest czarnoskóra. Ich życzenie zostaje spełnione, co mocno uderza w Ruth, która czuje, że jest dyskryminowana.

Gdy Davis przechodzi rutynową operację, zostaje, przez braki w personelu, pod opieką Ruth. Nagle dziecko staje się sine i pomimo lekarskiej pomocy umiera. Zrozpaczeni rodzice oskarżają o śmierć ich syna Ruth.

"Małe wielkie rzeczy" to książka, której nie czytało mi się łatwo. Z jednej strony ciekawa byłam rozwoju sytuacji, ale z drugiej czułam jakąś blokadę, zbyt dużo myśli kumulowało się w mojej głowie i domagały się uwagi, dogłębnego przemyślenia. Autorka porusza tutaj temat rasizmu, który, niestety, jest nadal w XXI wieku aktualny. Chociaż świat idzie do przodu, rozwija się technika to niestety niekoniecznie idzie to z rozwojem człowieka, który często nadal ogarnięty jest różnymi uprzedzeniami. Wyznajemy, że wszyscy jesteśmy równi, że jesteśmy tolerancyjni, a kolor skóry to tylko kolor skóry, ale czy na pewno?

To nie jest książka, którą można sobie czytać tak po prostu, bez emocji. To nie jest książka, po którą warto sięgać w autobusie czy miejscu publicznym. Ona zasługuje na spokojną degustację w domowym zaciszu, bez zbędnych przerywaczy. U mnie wywołała szereg emocji i zmusiła do refleksji. Obudziła coś we mnie, pozwoliła mi inaczej spojrzeć zarówno na siebie, jak i na otaczający mnie świat. Dodam też, że kilka razy prawie się rozkleiłam, zwłaszcza podczas czytania scen ze szpitala. Książka ta pokazała, jakim cudem jest nowe życie i jak ważna jest praca położnej. Coś pięknego.

Jednak "Małe wielkie rzeczy" to nie tylko temat dyskryminacji rasowej i rasizmu. To także historia o najpiękniejszej miłości - matczynej, która przezwycięży wszystko, pomimo bólu i cierpienia. Pokazuje, jak wiele jest w stanie zrobić matka dla swojego dziecka, by zapewnić mu godne życie i bezpieczeństwo.

Przeczytałam praktycznie wszystkie książki Jodi Picoult i co łatwo zauważyć, są one w pewien sposób schematyczne. Autorka zabiera czytelników na salę sądową, często też do szpitali. Tak jest i w tym przypadku. Ja, jako fanka zagadnień sądowych i amerykańskich rozpraw, nie mam nic przeciwko. I chociaż ta schematyczność może dla niektórych być wadą, to dla mnie jest pewną gwarancją, bo wiem, czego oczekiwać i wiem, że raczej się nie zawiodę. Dla tych, którzy jeszcze z twórczością Jodi Picoult nie mieli do czynienia, napiszę, że sprawa sądowa gra tutaj, można powiedzieć, pierwsze skrzypce. Są przesłuchania świadków, jest wybór ławników, jest i prawnicze spojrzenie na proces oraz sztuczki sądowe.

W posłowiu sama Jodi Picoult przyznaje, że pisanie tej książki nie było dla niej łatwe, wahała się, czy powinna to robić. Ja jednak cieszę się, że tytuł ten wyszedł spod jej pióra, bo przyznać muszę, że to jedna z lepszych jej książek w moim osobistym rankingu. Widać, że autorka porządnie do jej pisania przygotowała, że korzystała z pomocy wielu osób, co czyni ten tytuł jeszcze bardziej profesjonalnym i rzetelnym. Jestem przekonana, że "Małe wielkie rzeczy" będzie jedną z najważniejszych książek 2017 roku.

05.05.2017

Remigiusz Mróz - Inwigilacja


Tytuł:"Inwigilacja"
Autor: Remigiusz Mróz
Ilość stron: 592
Wydawnictwo: Czwarta Strona
Tom: V
Cykl: Joanna Chyłka

Kilkanaście lat temu adoptowany przez bezdzietne małżeństwo Lipińskich chłopak ginie na ich wakacyjnym wyjeździe w Egipcie. Rodzice jednak nie potrafią pogodzić się ze swoją stratą i ciągle wierzą, że jeszcze żyje.

Po latach chłopak znajduje się i to w Warszawie. Rodzice są pewni, że to ich ukochany syn. Ten jednak przedstawia się jako Fahad Al-Jassam i wypiera się, że jest ich dzieckiem. Co gorsze, przyjechał do Polski z jakiegoś islamskiego kraju, jest islamistą i ciąży na nim poważny zarzut - jest oskarżony o chęć przeprowadzenia ataku terrorystycznego.

Obrony w tak skomplikowanej i z góry przegranej sprawie podjąć może się tylko jedna osoba - Joanna Chyłka, która wyzwań się nie boi. Węszy w niej nawet okazję do odbudowania swojej reputacji, a i rozgłos jest gwarantowany, więc tym lepiej dla niej.

Remigiusza Mroza cenię sobie za to, że w swojej twórczości jest zawsze na bieżąco i wplata takie wątki, które są teraz "na czasie". Dla mnie to sygnał, że jest świetnym i wnikliwym obserwatorem rzeczywistości, a to bardzo mi się podoba. Tym razem poruszony został temat terroryzmu i ustawy inwigilacyjnej. Ten drugi ucieszył mnie szczególnie, ponieważ zostałam uświadomiona, z czym to się wiąże i nie ukrywam, że trochę mnie to wszystko przeraża. Jestem ciekawa, na ile korzysta się z tych uprawnień...

Temat terroryzmu jest tematem trudnym. Żyjemy w bardzo niespokojnych czasach, w których strach o nasze codzienne życie jest całkiem uzasadniony. Nic więc dziwnego, że z niepokojem patrzymy na imigrantów i muzułmanów. Ale czy każdy muzułmanin musi być od razu terrorystą, nawet jeśli są dowody, które na to wskazują?

Zawsze przy czytaniu książek z tej serii zastanawiam się, czy potrafiłabym być obrończynią. Czy potrafiłabym bez zastanawiania się podjąć obrony osoby oskarżonej o przygotowanie ataku terrorystycznego. Tym razem i Joanna Chyłka ma wątpliwości, ale nie ma się co dziwić.

Rozwiązanie całej sprawy bardzo mocno mnie zaskoczyło, ale jasnym jest, że Mróz nie uznaje banalnych zakończeń, więc ja już przestałam się bawić w detektywa i próbować na własną rękę rozwiązać zagadkę. Chyba nigdy nie wygram z wyobraźnią autora.

Joanna Chyłka i Kordian Oryński to zdecydowanie mój ulubiony duet literacki. I niezależnie od tego, co autor mi zaserwuje jako główny wątek, to dla nich przeczytam każdy kolejny tom. Uwielbiam Chyłkę za jej cięty język i specyficzne poczucie humoru. Za jej wyszukane porównania i epitety, zwłaszcza w kierunku Zordona. Są niczym woda i ogień. Wzajemnie się uzupełniają i tworzą po prostu mistrzowski duet w pracy. A w życiu? To się dopiero okaże. Wspomnę jeszcze, że ciężarna Chyłka niejednokrotnie mnie zaskoczyła swoimi poglądami. Pewnych rzeczy się po niej po prostu nie spodziewałam.

Z jednej strony nie potrafiłam doczekać się lektury "Inwigilacji", a z drugiej żałuję, że nie zaczekałam aż dostępny będzie kolejny tom, bo najgorsze jest czekanie w niepewności, na to, co będzie dalej. Autor tradycyjnie rzuca na sam koniec taką bombę, że nie ma możliwości zapomnienia o Chyłce i Zordonie, a sięgnięcie po kontynuację jest czystą formalnością. Na szczęście Remigiusz Mróz jest w formie, więc trzymam go za słowo, że już wkrótce po raz kolejny spotkam się z moimi ulubionymi bohaterami literackimi.

28.04.2017

Jørn Lier Horst - Kluczowy świadek

Tytuł: "Kluczowy świadek"
Autor: Jørn Lier Horst
Ilość stron: 348
Wydawnictwo: Smak Słowa
Tom: I
Cykl: William Wisting

Zapewne wszystkie osoby zaznajomione z twórczością tego autora wiedzą, w jak nietypowy sposób są wydawane jego książki w Polsce - bo zaczęło się od tomu 9. Teraz w końcu można zapoznać się z debiutem i zobaczyć, jak wyglądały początki pana Horsta.

W jednym z domów znalezione zostają nagie i brutalnie okaleczone zwłoki starszego mężczyzny - Prabena Pramma. Dom został wywrócony do góry nogami, więc policja podejrzewa początkowo motyw rabunkowy. Okazuje się jednak, że kosztowności zostały. Sprawy nie ułatwia fakt, że Praben był samotnikiem i nie kontaktował się z nikim. Nie miał krewnych, przyjaciół i rodziny, ale najwyraźniej skrywał jakiś sekret. Coś, za co musiał stracić życie.
Przed komisarzem Wistingiem bardzo trudne zadanie i zmiana wakacyjnych planów, bo praca nie wybiera.

Przyznać trzeba, że autor rozpoczął z rozmachem, bo "Kluczowy świadek" to powieść zbudowana na autentycznej historii, z którą Horst miał styczność podczas swojej pracy w policji. Sprawa miała miejsce w 1955 roku i dotyczyła zabójstwa 71-letniego mężczyzny - Ronalda Ramma. Do dnia dzisiejszego pozostała nierozwiązana. Wato dodać, że "O tym zabójstwie mówi się jak o jednym z najbrutalniejszych i najdziwniejszych w norweskiej historii kryminalnej". "Kluczowy świadek" to książka zainspirowana właśnie tą sprawą, ale w przeważającej części jest to oczywiście czysta fikcja literacka. Oczywiście, do pewnego momentu jest wiele podobieństw, a to nadaje tej powieści specyficznego klimatu i  przyciąga do czytania.

Chociaż w Polsce "Kluczowy świadek" został wydany dopiero teraz, to warto mieć na uwadze, że to debiut autora, a wspominam o tym po raz kolejny, bo trochę jednak debiut można tu wyczuć. Zagadka kryminalna jest interesująca, ale nie wciągnęłam się na tyle, by nie móc się oderwać. Brakowało mi tu tego "czegoś", a  konkretnie tego, co każdy dobry kryminał posiadać powinien. Tutaj wszystko wydaje mi się takie maksymalnie uproszczone. Jednak najbardziej brakowało mi bardziej dynamicznej akcji i elementów zaskoczenia. Nie wciągnęłam się tak, jak tego oczekiwałam. Z drugiej jednak strony nie żałuję lektury, bo fajnie było zobaczyć, jak autor zaczynał i jak się rozwinął."Kluczowy świadek" to tytuł dla tych bardziej wytrwałych. Dla tych, dla których powolna akcja nie jest przeszkodą.

Myślę, że "Kluczowy świadek" to ważna część dla wszystkich czytelników Horsta, bo pozwala poznać  komisarza Wistinga z innej strony, w młodszej wersji. W końcu trochę chronologii, której tak bardzo mi brakowało w sposobie wydawania całego tego cyklu.

22.04.2017

Ove Løgmansbø (Remigiusz Mróz) - Połów


Tytuł: "Połów"
Autor: Ove Løgmansbø (Remigiusz Mróz)
Ilość stron: 416
Wydawnictwo: Dolnośląskie
Tom: II

Uwaga! Recenzja zawiera odniesienia do poprzedniego tomu, tj. "Enklawy". Czytasz na własną odpowiedzialność!

Wyspy Owcze, Vestmanna. Do niedawna było to miejsce spokojne, a życie tam oznaczało ciągłą rutynę i lenistwo. Jednak po wydarzeniach z "Enklawy" spokój mieszkańców został przerwany. Co prawda ludzie zaczęli znowu żyć normalnie, bo w końcu oskarżony o morderstwo Hallibjorn Olsen siedzi w więzieniu, ale ledwo skończyła się jednak tragedia, a już zaczęła następna...

Podczas odbywającego się co roku połowu grindwali, mieszkańcy przy patroszeniu jednego z tych zwierząt znajdują fragment czaszki. Jak się okazuje - ludzkiej i to sprzed kilkudziesięciu lat. Zagadka wydaje się nie do rozwiązania, więc sprawę po raz kolejny przejmuje duńska policja.

Po przeczytaniu pierwszej części, czyli "Enklawy" narzekałam trochę na  Hallbjørna Olsena, a konkretnie denerwowało mnie jego rozpijanie się. Kompletnie wtedy nie przypadł mi do gustu. Tym razem, mój stosunek do niego nieco się ocieplił i jestem ciekawa, jak dalej potoczą się jego losy, jeśli chodzi o sprawę z pierwszego tomu; czy to już jest koniec, czy autor jeszcze do tego wróci.

Jeśli chodzi o duńską komisarz Katrine Ellegaard to jak łatwo można się domyślić - pojawia się i w tym tomie. Jednak tym razem ta twarda i dążąca po trupach do celu kobieta musi zmierzyć się z poważną chorobą oraz uporządkować swoje relacje z Olsenem. I tutaj chciałabym zaznaczyć, że bardzo cenię sobie Remigiusza Mroza (Ove Løgmansbø) za to, że w swoich książkach porusza tak ważny temat jak profilaktyka nowotworu. Niby to tylko lekkie dotknięcie tego tematu, ale zdecydowanie zwróci to uwagę kobiet.

"Połów" uważam za lepszy tom niż poprzedni. Bardzo wciągnęłam się w zagadkę sprzed lat i z zaangażowaniem śledziłam rozwój sytuacji. A autor nieźle potrafił mi w głowie zamieszać. Próbowałam też nie pogubić się w tych wszystkich postaciach, bo choć wiele ich nie było, to zawsze mam problem z tymi skandynawskimi nazwiskami.

Po przeczytaniu drugiego tomu mam takie wrażenie, że zamiarem autora nie było napisanie tylko kryminału. Wydaje mi się za to, nie wiem, czy słusznie, że bardzo ważne było też dla niego ukazanie społeczności Wysp Owczych, zwyczajów ludzi tam mieszkających i ich solidarności. Zdradzę tylko, że mam tutaj na myśli zwłaszcza zakończenie, które wyróżnia ten tytuł na tle innych, a przynajmniej takie jest moje zdanie na chwilę obecną, jeszcze przed poznaniem kolejnego tomu. Kto czytał, ten zapewne domyśla się, co mam na myśli. Generalnie dużo tu niewiadomych, dużo nierozwiązanych spraw i pytań. Ciekawą drogę sobie wybrał autor, nie powiem.

18.04.2017

Sophie Hannah - Promień rażenia


Tytuł: "Promień rażenia"
Autor: Sophie Hannah
Ilość stron: 464
Wydawnictwo: Literackie 

Naomi Jenkins to kobieta sukcesu; jest samodzielna, zaradna, prowadzi własny biznes. Nic nie wskazuje na to, że w przeszłości przeżyła coś traumatycznego. A jednak. Wydarzenie sprzed trzech lat na zawsze odcisnęło na niej swe piętno.
Teraz Naomi skrywa kolejny sekret, a jest nim Robert Haworth. Ona jest jego kochanką. On przysięga jej swoją miłość i zapewnia, że z żoną mu się nie układa. Spotykają się zawsze w tym samym dniu, o tej samej porze, w tym samym hotelu. Aż do dnia, gdy Robert znika i nie zostawia żadnej wiadomości. Zaniepokojona Naomi od razu prosi o pomoc policję, ale ci sprawę ignorują, tym bardziej, że żona Roberta twierdzi, że wcale nie zniknął...

Zdesperowana Naomi, by zaangażować policję do pracy wymyśla historyjkę, że została przez Roberta zgwałcona...

Nie dajcie się zwieść, bo choć zaczyna się nudnawo, lekko i przewidywanie to potem czeka coś naprawdę świetnego.
Ta książka zdecydowanie potrafi porazić. Czytając ją miałam kompletny mętlik w głowie, byłam zdezorientowana, ale w ten pozytywny sposób. Po przeczytaniu samego opisu tej książki nigdy nie podejrzewałabym, że na jej kartach zastanę coś takiego. To, co dla czytelników przygotowała autorka, spotkało mnie po raz pierwszy. Duże brawa za oryginalność! "Promień rażenia" jest co prawda udziwniony, ale dobrze się to czyta. Ciężko odgadnąć, do czego ta historia zmierza i co jest prawdą, a co kolejnym kłamstwem. Sophie Hannah zgrabnie manipuluje czytelnikiem, wprowadza błędne tropy i miesza w głowie. Nie brakuje nagłych zwrotów akcji i dreszczyku emocji. Jest mnóstwo pytań i zero odpowiedzi, a zagadka staje się coraz bardziej rozbudowana i skomplikowana. Czym więcej informacji uzyskujemy, tym mniej już wiemy.

Oprócz zagadki jeszcze większe wrażenie robi sama główna bohaterka, czyli Naomi. Nie potrafiłam jej w ogóle rozgryźć i do teraz nie wiem, co o niej myśleć. Podobnie jest z innymi postaciami. Autorka wykreowała postaci niebanalne i skomplikowane. Ciężko powiedzieć, kto jest dobry, a kto zły. Ciężko odgadnąć intencje bohaterów i ich motywy. Każdy zdaje się skrywać jakieś sekrety.


"Promień rażenia" to na chwilę obecną najbardziej zaskakująca książka jaką przeczytałam w tym roku. Zdecydowanie wyróżnia się na tle innych thrillerów psychologicznych i jestem pewna, że zapamiętam ją na długo. Kończąc, nie pozostaje mi nic innego, jak tylko polecić wam jej przeczytanie.

08.04.2017

Chris Carter - Nocny prześladowca



Tytuł: "Nocny prześladowca"
Autor: Chris Carter
Ilość stron: 376
Wydawnictwo: Sonia Draga
Tom: III
Cykl: Robert Hunter






Na zapleczu sklepu mięsnego policja odnajduje zwłoki młodej kobiety, której zaszyto usta i kocze, w którym dodatkowo coś ukryto. Niewiele jednak można dowiedzieć się o denatce, bo sekcja zwłok kończy się tragicznie. Niewykluczone, że będą też kolejne ofiary...

"Nocny prześladowca" to trzeci tom z cyklu z detektywem Robertem Hunterem. Zaznaczam jednak, że czytanie można rozpocząć i od tego tomu, bo autor oszczędza czytelnikowi istotnych spoilerów.

W poprzednim tomie, czyli w "Egzekutorze" autor trochę zaszalał, przez co było mało realnie. Tym razem wraca już na dobre tory i poziomu, który poznałam przy okazji czytania jego "Krucyfiksu". "Nocny prześladowca" to thriller na wysokim poziomie, który po prostu wciąga. Już sam pomysł na zbrodnie jest wyszukany i powoduje nieprzyjemne uczucia. Powieść jest dynamiczna, rozdziały są krótkie i rozdzielone pomiędzy różnych bohaterów. Ostatnio narzekałam, że autor urywa w najciekawszych momentach i wraca do nich później. Tak też jest i tutaj, ale tym razem jakoś nie wzbudziło to mojej irytacji, a tylko podsycało ciekawość i powodowało, że z "jeszcze tylko jeden rozdział" robiło się sto stron.

Utrzymywanie wysokiego poziomu z tomu na tom nie jest zadaniem łatwym. Póki co autor radzi sobie doskonale. Owszem, są podobieństwa pomiędzy książkami, ale tego nie da się uniknąć. Ja chętnie sięgnę po kolejne części!

05.04.2017

Ove Løgmansbø (Remigiusz Mróz) - Enklawa


Tytuł: "Enklawa"
Autor: Ove Løgmansbø (Remigiusz Mróz) 
Ilość stron: 400
Wydawnictwo: Dolnośląskie
Tom: I

Gdy książka ta trafiła na moją półkę w lipcu ubiegłego roku, to już na niej pozostała. Wiedziałam o jej istnieniu, ale jakoś mnie do niej nie ciągnęło. Generalnie nie szaleję na punkcie skandynawskich kryminałów, więc to zapewne dlatego. Jednak gdy dowiedziałam się, kim tak naprawdę jest jej autor, a jest nim Remigiusz Mróz (tak! Właśnie tak! Mój ulubiony polski autor) to sięgnęłam po nią od razu i bez wahania. Ale za to z wyrzutami sumienia, że nie dałam jej szybciej szansy. Zaległości jednak nadrobione, a drugi tom zaraz zacznę czytać, więc już można się domyślić, że moja recenzja będzie pozytywna, ale nie bez czepiania się.

Wyspy Owcze to jedno z najbezpieczniejszych miejsc na świetnie. Można powiedzieć, że morderstwa nie mają tutaj miejsca, a ludzie żyją sobie spokojnie, wzajemnie sobie ufając. Jednak pewnego dnia wszystko się zmienia, a spokój mieszkańców Vestmanny zostaje brutalnie przerwany, gdy znika nastolatka. Od razu zostaje zorganizowana akcja poszukiwawcza, ale okazuje się ona bezskuteczna. Policja jest bezradna i zupełnie nieprzygotowana na prowadzenie takich spraw. Z pomocą przychodzi duńska policja, przysyłając doświadczoną komisarz Katrine Ellegaard. Tej jednak nie jest łatwo pracować, bo mieszkańcy nie mają do niej zaufania przez wzgląd na sprawy polityczne. Kobieta zwraca się o pomoc do byłego żołnierza Hallbjørna Olsena.

Idealnie nie było. Przede wszystkim bardzo mocno denerwowała mnie postać Hallbjørna Olsena. Nie da się ukryć, że mężczyzna ma problem z alkoholem i sam doskonale zdaje sobie z tego sprawę; ma dziwne zaniki pamięci, ale pije dalej. Generalnie nie polubiłam go. Za dużo już w literaturze jest tych pijaków.

Jednak najgorszy był wątek romantyczny, który dla mnie jest totalnym nieporozumieniem i chyba zostawię to bez większego komentarza. Było to sztuczne i jakby pisane na siłę - ot, żeby wcisnąć jakiś dodatkowy wątek.

W każdym razie książka jest wciągająca, nie brakuje zwrotów akcji, czyta się ją bardzo dobrze. Ja pochłaniałam jeden rozdział za drugim. Co mi się jeszcze spodobało, to miejsce akcji. Dotychczas Wyspy Owcze były dla mnie zupełnie obce, teraz już wiem o nich znacznie więcej.

Mróz po prostu nie byłby sobą, gdyby nie nagły zwrot akcji na końcowych stronach. Przyznaję się, że na to czekałam i wiedziałam, że sprawa nie jest jeszcze zakończona, że będzie jakie "bum". I faktycznie było. Co prawda nie do końca jestem do niego przekonana i czuję, że to jeszcze nie koniec tej historii, a szczerze powiedziawszy wolałabym chyba, by zamknęła się w jednym tomie. Ale zobaczę, jaka będzie moja opinia po przeczytaniu "Połowu".

Gdy jeszcze nie wiadomo było, że autor to tak naprawdę Remigiusz Mróz, książka uznawana była za debiut. Teraz wiadomo, że debiutem nie jest, więc traktuję ją bardziej surowo. Tym bardziej, że znam możliwości Mroza. Generalnie jest bardzo dobra, nie licząc tych kilku denerwujących szczegółów. Ja z chęcią sięgnę po kolejny tom, czekając na dalszy rozwój sytuacji.

03.04.2017

Chris Carter - Egzekutor


Tytuł: "Egzekutor"
Autor: Chris Carter
Ilość stron: 416
Wydawnictwo: Sonia Draga
Tom: II
Cykl: Robert Hunter






Każdy z nas się czegoś boi; jedni boją się pająków, inni wody, czy ciemności. Są fobie, które towarzyszą nam już od najmłodszych lat, bo w dzieciństwie spowodował je jakiś uraz. A teraz wyobraź sobie, że umierasz i przed ostatnim oddechem musisz zmierzyć się ze swoimi największymi lękami...
Tak właśnie działa Egzekutor. Zna największe lęki swoich ofiar i w wyrafinowany sposób morduje. Kim jest? Dlaczego to robi?

"Egzekutor" to moje drugie spotkanie z panem Carterem. Pierwsze było bardzo udane, to również. Chris Carter nie głaszcze czytelnika po główce; książka przepełniona jest brutalnością, a przedstawione morderstwa są wyszukane i napawają obrzydzeniem. "Egzekutor" trzyma poziom od początku do końca; jest napięcie, powoduje szybsze bicie serca i potrafi zaangażować czytelnika. Trzeba mieć naprawdę wybujałą wyobraźnię, żeby wymyślić takie sceny.

Muszę jednak wspomnieć o pewnym zabiegu autora, który z czasem zaczął mnie irytować. Otóż rozdziały są bardzo krótkie i notorycznie urywane w najważniejszych momentach. Z jednej strony potęgowało to uczucie napięcia i sprawiało, że ciężko było się od książki oderwać, bo po prostu trzeba było poznać ciąg dalszy. Z drugiej jednak autor chyba przedobrzył i aż nazbyt wykorzystywał tę metodę.

Jeśli miałabym porównać ten tytuł do "Krucyfiksa", czyli do pierwszego tomu, to powiedziałabym, że jest inny. Tym razem autor pokusił się tutaj o wątek z medium, który, no cóż, średnio do mnie przemówił i sprawił, że cała ta historia stała się dużo mniej realna.

W pewnym momencie nawet się trochę zawiodłam, bo byłam przekonana, że dobrze wytypowałam mordercę i że to było takie proste. Nic jednak z tych rzeczy, bo chwilę potem autor znowu mnie zaskoczył i podał rozwiązanie, jakiego się nie spodziewałam, Trochę jednak tu przedobrzył i wydawało mi się to wszystko naciągane, ale niech będzie.

W pierwszym tomie sporo było wątku obyczajowego, dzięki któremu poznanie głównych bohaterów było możliwe. Tym razem skupiamy się głównie na śledztwie, a życie osobiste Roberta poszło w odstawkę. Ale to akurat plus.

01.04.2017

Podsumowanie marca 2017


Doczekałam się w końcu wiosny! Cieszy mnie niezmiernie dzisiejsza i wczorajsza piękna pogoda, która wczoraj wyciągnęła mnie na długi, bo około 9 km spacer. Ah, tego mi było trzeba. Co prawda wraz z nadejściem wiosny dopadło mnie chyba wiosenne przesilenie, bo niewyobrażalnie dużą ilość czasu spędzam na drzemkach, ale mam nadzieję, że wkrótce to minie.


Marzec skończyłam z wynikiem 12 książek. Nie ukrywam, że miałam naprawdę mnóstwo wolnego czasu, więc to z pewnością sprawę ułatwiło.

Przeczytałam:
1. Marta Abramowicz - "Zakonnice odchodzą po cichu"
2. Stephen King - "Cmętarz Zwieżąt"
3. Alek Rogoziński - "Do trzech razy śmierć"
4. Martyna Raduchowska - "Szamanka od umarlaków"
5. Philip L. Dick - "Black Runner. Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?"
6. Ewa Nowak - "Drzazga"
7. Jeff Vandermeer - "Unicestwienie"
8. Lauren Miller - "Aplikacja"
9. B.A. Paris - "Za zamkniętymi drzwiami"
10. Jodi Picoult - "Przemiana"
11. Ove Logmansbo - "Enklawa"
12. Ove Logmansbo - "Połów"

Razem 4405 stron.


A jak Wam minął marzec? Jakie książki Was zachwyciły, a jakie zawiodły?

28.03.2017

Stephen King - Cmętarz zwieżąt






Tytuł: "Cmętarz zwieżąt"
Autor: Stephen King
Ilość stron: 424
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka






Historia opowiada życie zwyczajnej rodziny Creedów; Luis wraz z żoną i dwójką dzieci przeprowadza się do małego, spokojnego miasteczka Ludlow. Niedaleko ich domu znajduje się cmentarz. Jednak nie jest to miejsce zwyczajne, bo jest to cmentarz dla zwierząt. Dalej jednak, w głębi lasu, kryje się coś przerażającego; miejsce pełne legend i tajemnic...

"Cmętarz Zwieżąt" to książka, która naprawdę bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła, a piszę to od razu na samym początku, bo ja i Pan King to temat trudny i wiele jego powieści po prostu mnie nie zachwycało i nudziło.

"Cmętarz Zwieżąt" to powieść niezwykle klimatyczna i udało jej się spowodować u mnie uczucie niepokoju, a nawet lekki strach. Nie do końca jestem jednak pewna, czy można w stu procentach ten tytuł zaliczyć jako horror, bo do tego to jednak sporo brakowało. Przez większą część książki było raczej leniwie, wręcz spokojnie, zwłaszcza przez pierwszą połowę, która tak naprawdę była tylko wstępem i niewiele się działo. Odczuwalny był tylko ten niepokój, czuło się, że coś się wkrótce wydarzy, pozostawało tylko pytanie co i kiedy. Pokuszę się też o stwierdzenie, że jak to u Kinga bywa - wszystko zostało przegadane. Jednak tym razem, o dziwo, nie narzekałam, a dałam się porwać wyobraźni autora i całkowicie wsiąknęłam.

"Cmętarz Zwieżąt" nazwałabym dobrą powieścią psychologiczną traktującą o śmierci. Nie jest to temat łatwy, ale dotyczy każdego z nas. To normalna kolej rzeczy, że ludzie od nas odchodzą i często ciężko nam to zaakceptować. A najbardziej boli śmierć naszych ukochanych. Śmierć dziecka jest już w ogóle ciosem. W książce tej autor ukazuje, jak śmierć i niemożność pogodzenia się ze swoją stratą prowadzi do szaleństwa. Jak bardzo człowiek jest zdesperowany i jak wiele jest w stanie zrobić, by cofnąć czas.

Zakończenie okazało się przewidywane, ale i tak na bardzo dobry poziomie. Było strasznie i dynamicznie, nie mogłam się wręcz oderwać i gdy musiałam przerwać czytanie na kilka godzin to w ciągu dnia wracałam myślami do tej książki, a to naprawdę dobrze o "Cmętarzu Zwieżąt" świadczy. Od razu też mam większą ochotę na inne książki autora, mimo że wielokrotnie sobie mówiłam, że jego twórczość do mnie nie przemawia.

23.03.2017

B.A Paris - Za zamkniętymi drzwiami


Tytuł: "Za zamkniętymi drzwiami"
Autor: B.A Paris
Ilość stron: 304
Wydawnictwo: Albatros









Bo nigdy nie wiesz, co dzieje się za zamkniętymi drzwiami.

Grace i Jack. Z punktu widzenia innych osób to małżeństwo idealne. Jego wręcz można pozazdrościć, bo jest taki oddany swojej żonie, taki dla niej dobry. W ogóle wydają się taką idealną, nierozłączną parą. Ale to tylko pozory, bo gdy tylko po przyjacielskim spotkaniu drzwi się zamykają, rozpoczyna się dla Grace prawdziwy koszmar...

Dawno nie czytałam tak świetnego thrillera psychologicznego. Thrillera, który mocno zadziałał na moją wyobraźnię i sprawił, że poczułam niepokój i strach przed zawieraniem związków. To straszne, jak bardzo pozory mogą mylić i jak z pozoru miły, szarmancki i wręcz wymarzony mężczyzna może okazać się tyranem i psychopatą. To straszne, jak dwa różne oblicza może mieć jedna osoba i jak skutecznie może się kryć przed innymi. Bo chociaż przed małżeństwem było idealnie i nic nie zwiastowało katastrofy, to od razu po rozpoczął się największy koszmar w życiu Grace; mały pokój, zamknięty na cztery spusty, kraty w oknach i zerowe szanse za uwolnienie się. Bo Jack nie popełnia błędów, zawsze jest o krok naprzód .

To nie jest książka, w której leje się krew i mamy do czynienia z przemocą fizyczną. "Za zamkniętymi drzwiami" pokazuje, że można zniszczyć drugą osobę bez podnoszenia na nią ręki. Można tak manipulować, tak zastraszać, że ofiara staje się bezbronna, jest marionetką w rękach oprawcy.

Książka podzielona jest na rozdziały, w których przeszłość przeplata się z teraźniejszością aż do ich połączenia. Taki sposób przedstawienia tej historii bardzo mi się spodobał, bo budowało to napięcie, a przerwanie lektury było naprawdę ciężkie. Ja tę książkę po prostu pochłonęłam!

Drogie kobiety. Apeluję do Was, zachęcając do sięgnięcia po ten tytuł. Myślę, że dla nas kobiet to pozycja obowiązkowa. Dodam jeszcze, że jest to debiut autorki, więc tym bardziej jestem zadowolona i z niecierpliwością czekam na kolejne jej książki.

20.03.2017

Chris Carter - Krucyfiks


Tytuł: "Krucyfiks"
Autor: Chris Carter
Ilość stron: 424
Wydawnictwo: Sonia Draga
Tom: I
Cykl: Robert Hunter





Kilka lat temu detektyw Robert Hunter wsadził za kratki groźnego przestępcę, nazywanego Krucyfiksem. Mężczyzna sam przyznał się do popełnianych morderstw, w których pozostawiał na ciałach swoich ofiar znak podwójnego krzyża. Wkrótce wykonano egzekucję.

Mijają dwa lata. W leśnej chatce znalezione zostają zwłoki młodej kobiety, która została w brutalny sposób zamordowana i cierpiała przez śmiercią męki. Na jej ciele znaleziono też znak podwójnego krzyża. Co więcej, Robert odbiera telefon i słyszy znajomy, metaliczny głos. Czy Krucyfiks powrócił?

Ta książka zawiera wszystko to, co dobry thriller powinien mieć. Stale trzyma w napięciu, w zasadzie już od pierwszych stron, gdzie od razu spotykamy się z nadchodzącą śmiercią. Nie brakuje tu także brutalnych opisów i wymyślnych zbrodni, które zdecydowanie oddziałują na wyobraźnię. Niestety ciężko jest mi znaleźć aktualnie taki thriller, który zaskoczyłby mnie czymś zupełnie nowym. Wiele już przeczytałam, wiele okropnych zbrodni poznałam. I tutaj też nie ma niczego, co wyróżniałoby ten tytuł na tle innych. Owszem, jest bardzo dobry, dostarcza rozrywki, trzyma w napięciu i przymocowuje do fotela, ale żeby wyróżniał się z tłumu - to już niekoniecznie.

Mnie jednak bardzo ucieszyły wstawki dotyczące psychologii, a konkretnie tego, co mówi o nas nasza mowa ciała, jak wiele można odczytać z naszych gestów i zachowań. Bardzo lubię książki, które oprócz dostarczenia rozrywki mogą też czegoś nauczyć.

W thrillerach zawsze cenię sobie zaskakujące zakończenia i w przypadku "Krucyfiksu" nie zawiodłam się. Byłam bardzo zaskoczona rozwiązaniem sprawy i sprawcą, którego nie udałoby mi się nigdy samej wytypować. Tego się po prostu nie spodziewałam.

Biorąc pod uwagę, że ta książka to debiut autora, jestem zachwycona! Brakowało mi takiego dobrego, psychologicznego thrillera. A że apetyt rośnie w miarę jedzenia to już wkrótce zabiorę się za kolejne tomy.

14.03.2017

Językowo: O angielskim brytyskim oraz numer 63 English Matters

Nowe numery English Matters są już dostępne w sprzedaży. Jest to numer zwykły oraz wydanie specjalne, które tym razem w całości poświęcone jest brytyjskiemu angielskiemu.


63 numer English Matters przeczytałam błyskawicznie. Tym razem dosłownie wszystkie artykuły okazały się dla mnie bardzo interesujące. O czym przeczytamy tym razem?

Na początek coś dla dorosłych, bo na tapetę wzięto cydr jabłkowy, a dodatkowo na marginesie znajdziemy kilka idiomów związanych właśnie z alkoholem. Swoją drogą bardzo lubię takie dodatki do głównego tekstu.

Później przeczytać możemy o Rosie Parks, amerykańskiej działaczce na rzecz praw człowieka i symbolu walki z segregacją rasową.

W dziale Culture znajdziemy artykuł na temat BAFTA, czyli Brytyjskiej Akademii Sztuk Filmowych i Telewizyjnych oraz potwierdzenie, że Anglia to królestwo zwierząt. Dla mnie, jako miłośniczki psów, artykuł "England - the Animal Kingdom" okazał się strzałem w dziesiątkę. Tutaj też znajdziemy idiomy z psami w nazwie. Jest też trochę o typowym, brytyjskim śniadaniu oraz o pośmiertnych fotografiach.

W dziale Conversation Matters również czekają na nas przydatne teksty. Mnie przypadł do gustu zwłaszcza ten związany z typowymi wyrażeniami dotyczącymi mediów społecznościowych. Jest to rozdzielone na Facebooka, Instagrama i Twittera i zdecydowanie przyda się do codziennej konwersacji. Ten tekst to mój faworyt tego numeru!

Później różnica pomiędzy on time, in time i just in time oraz teksty na temat ułomności ludzkiego ciała i krótka podróż do tajemniczego Salem. A na zakończenie Adele i analiza jednej z jej piosenek.


Do tego numeru za darmo można też pobrać dodatek, dotyczący słów łączących. Dodatek tradycyjnie pobrać można ze strony wydawnictwa.


Jeśli zaś chodzi o wydanie specjalne to poświęcone zostało w całości brytyjskiemu angielskiemu, co bardzo mnie cieszy, bo lubię tę odmianę i takiej też się uczę i w szkole, i w domu.

W "I love British English" przeczytać możemy m.in o kilku znanych Brytyjczykach, których na pewno kojarzymy czy to z telewizji, czy ze sceny muzycznej. Jest także wywiad z Rebeccą Mason o współczesnym brytyjskim angielskim, gdzie poruszono na przykład temat slangu i różnic językowych, które zaszły na przestrzeni lat. O slangu przeczytać można też osobny artykuł, dzięki któremu różne, dziwnie wyglądające skróty nie będą już dla nas problemem.

Mówiąc o brytyjskim angielskim nie mogło oczywiście zabraknąć porównań do amerykańskiej odmiany angielskiego i różnic pomiędzy nimi.

Znajdzie się również coś dla fanów filmów, seriali i literatury - oczywiście prosto z Wielkiej Brytanii. Pojawiają się popularne seriale i krótkie wypowiedzi ich bohaterów.

Oprócz tego na kartach magazynu pojawia się jeszcze rodzina królewska, kilka słów na temat przepięknych i malowniczych miejsc w Wielkiej Brytanii oraz analiza piosenki Billy'ego Idola.



Za możliwość przeczytania dziękuję wydawnictwu English Matters.

07.03.2017

Andrzej Sowa - Ocalony. Ćpunk w Kościele

Tytuł: "Ocalony. Ćpunk w Kościele"
Autor: Andrzej Sowa
Ilość stron: 192
Wydawnictwo: Znak









"Ocalony. Ćpunk w Kościele" to autobiografia Andrzeja Sowy; mężczyzny, który był uzależniony od narkotyków, ale udało mu się wyjść z nałogu, a teraz daje swoje świadectwo innym.

Ta autobiografia to książka z wyjątkową mocą. Dlaczego? Bo jestem przekonana, że po jej przeczytaniu nikt nawet o sięgnięciu po narkotyk nie pomyśli. Jest to historia prawdziwa, napisana przez życie. Autor wprost opowiada o swoim dzieciństwie i późniejszym życiu, całość przypomina gruntowną spowiedź, próbę rozliczenia się z popełnionymi grzechami. To historia pełna nadziei, pokazująca, że z każdego bagna można się wygrzebać. Że można być już na dnie, ale jeszcze się odbić i zbudować swój świat na nowo. To historia pokazująca, jak wielkim złem są narkotyki i jak łatwo można się uzależnić. Dobra przestroga, zwłaszcza dla młodych ludzi.

Jak sugeruje już sam tytuł, będzie tu i o Kościele, o wierze w Boga itd. Pan Andrzej swoje nawrócenie, powrót na dobre tory bez narkotyków zawdzięcza właśnie Bogu. Zawdzięcza mu też wiele więcej. Bóg to część jego historii i sięgając po tę książkę trzeba się na to przygotować. Druga część to w sumie taki hymn pochwalny dla Stwórcy, opis Jego zasług w życiu Andrzeja. A czy my jako czytelnicy to przyjmiemy, czy nie, to już sprawa indywidualna. "Ćpunk w Kościele" to po prostu świadectwo byłego już ćpuna.

Myślę, że przez to nie jest to książka dla każdego, nie każdy będzie potrafił przyjąć tę historię i uwierzyć w cud Pana Andrzeja. Nie każdemu spodoba się wychwalanie Boga, więc sięgając po tę autobiografię miejcie to na uwadze.

05.03.2017

Podsumowanie lutego 2017

Nareszcie marzec! A jak marzec, to nadchodząca wiosna, czyli moja druga ulubiona pora roku. Dzisiaj pogoda jest przepiękna i aż chce się żyć, działać i zdobywać świat. Od razu moje samopoczucie jest lepsze. Ale pora jeszcze podsumować luty.



Choć luty to najkrótszy miesiąc w roku to moje wyniki czytelnicze zupełnie tego nie odzwierciedlają, bo udało mi się przeczytać aż 13 książek, czyli tyle samo, co w styczniu, a dodam, że miałam wtedy ferie i dużo więcej wolnego czasu. Także jestem bardzo zadowolona i nie wiem, jak mi się to udało, biorąc pod uwagę moją nieustanną bieganinę i wieczny brak czasu.

W lutym przeczytałam
1. Christina Baker Kline - "Sieroce pociągi"
2. Andrzej Sowa - "Ocalony. Ćpunk w Kościele"
3. Lily King - "Euforia"
4. Sebastian Fitzek, Michael Tsokos - "Odcięci"
5. Marek Bukowski, Maciej Dancewicz - "Najdłuższa noc"
6. Eliana Liotta - "Dieta Smartfood"
7. Chris Carter - "Nocny prześladowca"
8. Brittainy C. Charry - "Kochając Pana Danielsa"
9. M.R. Carey - "Pandora"
10. Stefan Żeromski - "Przedwiośnie"
11. Hans Joahim Lang - "Kobiety z bloku 10. Eksperymenty medyczne w Auschwitz"
12. Chris Carter - "Rzeźbiarz śmierci"
13. Kerstin Gier - "Silver. Pierwsza Księga Snów"

Razem 4490 stron.

Ogarnęła mnie za to blogowa niemoc i zupełnie nie miałam chęci do pisania recenzji. Kilka mam jeszcze w wersjach roboczych, a pozostałych już pewnie nie będę nadrabiała.

Plany na marzec?

Jeśli pogoda dopisze, a taką mam nadzieję, to chciałabym aktywnie spędzać czas i nadrobić zaległości po mroźnych, zimowych dniach. Spacery <3

A jak Wasz luty?

27.02.2017

Eliana Liotta - Dieta Smartfood

Są takie choroby i przypadłości, które leczy się dietą lub takie, w których sposób odżywiania znacząco wpływa na poprawę stanu zdrowia. Jeszcze do niedawna odżywiałam się średnio zdrowo, a mój jadłospis obfitował w słodkości, od których byłam uzależniona. Sytuacja diametralnie zmieniła się, gdy dowiedziałam się, że jestem chora, a lekarstwem wcale nie będą leki, a głównie zmiana odżywiania, dzięki czemu poprawi się moje samopoczucie i zapobiegnę dużo poważniejszym chorobom w przyszłości.



Właśnie od tego czasu odżywiam się zdrowo. Nauczyłam się gotować, jestem coraz bardziej kreatywna w kuchni, a moje dania są różnorodne. Ale najważniejsze, że jest smacznie i dieta nie jest dla mnie żadną torturą. Jestem zdrowsza, szczęśliwsza i generalnie każdemu będę polecała, by wprowadzić przynajmniej trochę zdrowia do swojego jadłospisu.

Dlatego dzisiaj kilka słów na temat książki "Dieta Smartfood", w której prezentowana jest właśnie ta dieta, dzięki której "znikają nadmiarowe kilogramy, zapobiegamy rakowi, chorobom układu krążenia, chorobom metabolicznym i neurodegeneracyjnym."  To tak naprawdę sposób odżywiania oparty na wielu smacznych i wartościowych dla naszego zdrowia produktach, które z pewnością znajdziemy w swojej lodówce. Opisano tutaj m.in. 30 najlepszych produktów, które działają na nasze ciało odżywczo i mają wpływ na nasze DNA.

Książka jest przepełniona informacjami. Na ogół tego typu tytuły zawierają sporo zdjęć, tu jednak ich nie ma. Jest surowo i mało obrazowo, ale za to treściwie. I co najważniejsze, to nie jest zwykła pisanina o tym, jak to dany produkt jest niezwykły, ale wszystko oparte jest na badaniach naukowych.

Zaznaczę jeszcze, że to nie jest książka kucharska. Na kilku stronach są jakieś propozycje przykładowych jadłospisów na różne pory roku, ale dla mnie osobiście są one beznadziejne i niedostosowane do mnie. Także tutaj na inspiracje na posiłki zdecydowanie nie liczcie.

Jedyne do czego się przyczepię to fakt, że w tym całym wychwalaniu danych składników (wychwalaniu słusznym, to fakt!) zabrakło mi informacji też o przeciwwskazaniach do spożywania danego produktu.To, że coś jest zdrowe, nie oznacza, że nadaje się dla wszystkich. Dlatego sugeruję wiedzę poszerzać i weryfikować, zwłaszcza gdy wiemy, że na coś chorujemy. Bo zdrowe rzeczy też czasami mogą zaszkodzić.

Za książkę dziękuję wydawnictwu Muza oraz Business&Culture.

22.02.2017

Marek Bukowski, Maciej Dancewicz - Najdłuższa noc



Tytuł: "Najdłuższa noc"
Autorzy: Marek Bukowski, Maciej Dancewicz
Ilość stron: 380
Wydawnictwo: Muza

"Najdłuższa noc" to książka inspirowana wydarzeniami serialu kryminalnego Belle Epoque, który swoją premierę miał niedawno, bo 15 lutego w telewizji TVN.

Grudzień, 1904 rok. Na ławce na Plantach krakowskich znalezione zostaje brutalnie okaleczone ciało młodej kobiety. Przez wzgląd na brak dokumentów, identyfikacja jest niemożliwa, co nie ułatwia sprawy śledczym. Tymczasem pojawia się kolejna ofiara, a w mieście zaczyna szerzyć się strach.

Do Krakowa, po długiej nieobecności, wraca też niejaki Jan Edigey-Korycki, który zmuszony był wcześniej opuścić rodzinne miasto przez niewłaściwe ulokowanie swoich uczuć. Od tamtego czasu był w ciągłej podróży, pracował na statku. Gdy jednak dowiaduje się o śmierci matki, postanawia natychmiast wrócić do Galicji. Angażuje się też w obecnie toczone śledztwo.

Ten kryminał, który co prawda ciężko mi tak nazwać, przypomina serial. Wszystko tu rozwija się tak powoli i leniwie, że można zasnąć. Zaczyna się nieźle, bo od znalezienia brutalnie okaleczonych zwłok, a zaraz potem wszystko zwalnia, pojawiają się przerywniki, w których poznajemy życie niejakiego Jana Edigey-Kortyckiego. Przerywniki, które swoją drogą kompletnie mnie nie zainteresowały i z wielkim znużeniem przewracałam kolejne strony, oczekując na powrót do głównej sprawy i części kryminalnej, której jest tutaj jak na lekarstwo. Mało, zbyt mało, więc ja, jako zwolenniczka tego gatunku czuję się zawiedziona."Najdłuższą noc" nazwałabym raczej powieścią obyczajową. Generalnie nie czytało mi się łatwo tej książki, męczył mnie styl autorów, przyznaję się też do pomijania niektórych opisów. Nie kryję, że chciałam jak najszybciej skończyć czytanie i sięgnąć po coś innego.

Żeby nie było aż tak krytycznie to pochwalę klimat tej powieści, który przenosi czytelnika do początków XX wieku, kiedy to zaczynał się ogólny rozkwit i rozwój. Swoje do powiedzenia miały też sufrażystki, które śmiało wychodziły na ulicę, walcząc o swoje prawa. Myślę, że fanom historii "Najdłuższa noc" powinna przypaść do gustu zdecydowanie bardziej, niż mnie.

Za książkę dziękuję wydawnictwu Muza i Business&Culture.

17.02.2017

Sebastian Fitzek, Michael Tsokos - Odcięci


Tytuł: "Odcięci"
Autorzy: Sebastian Fitzek, Michael Tsokos
Ilość stron: 368
Wydawnictwo: Amber

Paul Herzfeld to ceniony profesor medycyny sądowej, który niejedno już widział. Jednak gdy na jego stół sekcyjny trafia ofiara, w której głowie znajduje numer telefonu swojej córki Hannah, jest przerażony. Wiadomość nagrana na pocztę głosową nie pozostawia złudzeń; Hannah jest w rękach jakiegoś szaleńca, a jej godziny są policzone. Warunek jest jeden - zero policji. 
W tym samym czasie na odludnej wyspie na Morzu Północnym młoda rysowniczka komików, Linda, znajduje na plaży ciało z wyrytym na piersi imieniem Eryk, a obok niego telefon, na który ktoś próbował się wcześniej dodzwonić.

W pewnym momencie wydawało mi się, że wszystko już wiem. Tak, tak. Tak sobie głupia myślałam, a tak naprawdę nie wiedziałam nic. To, co się dzieje na końcowych stronach jest niczym huragan, który z ogromną prędkością porywa wszystko, co spotyka na swojej drodze, zmieniając w tej sposób dotychczasowy krajobraz. Kiedy już myślałam, że poznałam rozwiązanie, chwilę później dostawałam kolejny zwrot akcji i z otwartymi ze zdziwienia ustami przewracałam kolejne strony. Autorzy naprawdę się postarali. Jest to thriller na wysokim poziomie, różniący się od innych tytułów z tego gatunku. Napisany z dbałością o szczegóły - zwłaszcza te medyczne, co z pewnością jest zasługą Tsokosa. Jest też brutalnie, autorzy nie szczędzą czytelnikowi nieprzyjemnych i brutalnych opisów. Wracając jeszcze do tego zakończenia to momentami wydało mi się nawet trochę przesadzone i za bardzo zaplątane, wręcz absurdalne i mało realne, ale to w sumie w stylu Fitzeka. Ja jednak nie narzekam, bo lubię od czasu do czasu nakarmić swoją wyobraźnię takimi scenami.

Na ogół do duetów literackich raczej mnie nie ciągnie, a już na pewno podchodzę do nich z dużą ostrożnością. Boję się po prostu, że na kartach powieści zastanę chaos i wyczuwalne będzie niedopracowanie oraz różnica stylów. Jednak w przypadku "Odciętych" wszystkie obawy były niepotrzebne, bo kompletnie nie odczułam, że mam do czynienia z dwojgiem autorów.  Wszystko jest spójne, dopracowane, a książka trzyma poziom od początku do końca. Tutaj dodam jeszcze, że książki Fitzeka znam chyba wszystkie, a Tsokos to dla mnie nowe odkrycie i na pewno będę chciała poznać inne jego tytuły.

Niby drobiazg, ale urzekł mnie protokół z obdukcji, który można znaleźć na samym końcu książki. W takiej postaci zostały zamieszczone podziękowania, historia powstania książki itd. Bardzo oryginalny pomysł!

14.02.2017

Daphne du Maurier - Rebeka


Tytuł: "Rebeka"
Autor: Daphne du Maurier
Ilość stron: 448
Wydawnictwo: Albatros








Narratorka książki, uboga dziewczyna, pracująca jako dama do towarzystwa bogatej i nieprzyjemnej pani van Hopper, przebywa właśnie w Monte Carlo. Poznaje tu tajemniczego i bogatego wdowca Maxima de Wintera, właściciela posiadłości Manderley. Mężczyzna szybko oświadcza się naszej bohaterce.

Po ślubie przybywają do Manderley. Nowa pani de Winter czuje się przytłoczona i jest nieobyta. Nie radzi sobie z prowadzeniem domu, spotkaniami towarzyskimi oraz służbą, która zdaje się za nią nie przepadać, a konkretnie pani Danvers, która w dalszym ciągu pozostaje wierna zmarłej pierwszej żonie Maxima. W posiadłości ciągle jeszcze można odczuć obecność dawnej pani de Winter...

Od razu mówię, że ciężko mi będzie jednoznacznie ocenić tę książkę, a to z tego powodu, że jakiś czas temu czytałam trylogię Kathrin Linge, która zainspirowała się właśnie "Rebeką". Źle zrobiłam, że nie zapoznałam się najpierw z oryginałem, ale mówi się trudno. Jest tu kilka podobieństw i nie ukrywam, że stale ich też poszukiwałam. Po prostu ciężko mi na tę książkę spojrzeć jak na coś nowego, podczas gdy towarzyszyło mi uczucie "ale to już było". A to przecież "Rebeka" była najpierw, bo jest to powieść z 1938r. Ok, ale do rzeczy.

Mimo że "Rebeka" została napisana w 1938 roku to ciężko jest to odczuć. Język jest niezwykle lekki, narracja pierwszoosobowa, więc czyta się naprawdę dobrze i szybko. To taki idealny, mało wymagający tytuł na odpoczynek po męczącym dniu.

Nie jest to jednak nic specjalnego i spodziewałam się większych zachwytów. Owszem, jest dosyć klimatycznie, posiadłość w Manderley została świetnie opisana. Jednak brakuje tu akcji. Początek zapowiada nam historię rodem z Kopciuszka; zagubiona dziewczyna poznaje swojego księcia, zakochują się w sobie i tak dalej. Gdzieś tam w tle czuć, że coś się wydarzy, ale wszystko toczy się miarowo, a wręcz leniwie. Jest banalnie, rzekłabym, że bardzo kobieco. I tak przez większość książki. Później coś więcej zaczyna się dziać, a na końcu (nareszcie!) robi się bardzo interesująco i dopiero wtedy tak naprawdę się wciągnęłam i pochłaniałam końcowe strony. Szkoda, że tak późno.

"Rebeka" to powieść, której nie da się zakwalifikować tylko do jednego gatunku. To mieszanka romansu z delikatnym kryminałem i powieścią grozy. Nie brakuje też wątków psychologicznych, bo chociaż Rebeka nie żyje to wciąż jest żywa w umysłach innych osób. Można odczuć jej obecność, poczuć, jak osacza główną bohaterkę i stopniowo niszczy jej relacje z innymi.

 To także powieść o dojrzewaniu. Główna bohaterka zdaje się zupełnie nie pasować po Maxa i jego życia. W końcu to zupełnie dwa różne światy, inne warstwy społeczne. Musi jednak dojrzeć do nowej roli żony i pani domu. Musi wsiąknąć w zupełnie jej obcy świat.

10.02.2017

Nauka języka obcego - jak wytrwać?

Nowy Rok, nowe postanowienia. Jestem pewna, że są osoby, które postanowiły sobie uczyć się jakiegoś języka. Prawdopodobnie temu tu jesteście. Żeby dowiedzieć się, jak wytrwać. I co robić, by nie stracić po drodze motywacji. Dzisiaj kilka moich sprawdzonych rad.


1. Spraw, by nauka stała się Twoim nawykiem.
Jeśli trzeba, to się zmuś. Czasami na lenistwo nie ma innej rady. Postanawiasz sobie, że codziennie zrobisz coś dla swojego języka. Więc to zrób. Bez wymówek. Poświęć choćby tylko 5 minut. Jestem pewna, że z tych 5 minut zrobi się ich więcej, bo zawsze najtrudniej jest spiąć pośladki i zabrać się do roboty. Potem już z górki. Czemu masz się zmuszać? Bo żeby wyrobić nawyk, potrzebna jest regularność. To nie może być tak, że uczysz się przez tydzień, a przez kolejny nie robisz nic. To tak nie działa. Jeżeli będziesz uczyć się regularnie to z czasem (daj sobie jakieś 3 miesiące) wejdzie Ci to w nawyk i stanie się codziennością. Zaufaj mi. Zresztą tak samo jest np. z aktywnością fizyczną - apetyt rośnie w miarę jedzenia. Pamiętaj, że nawyk to podstawa!

2. Urozmaicaj swoją naukę
Uczysz się i uczysz i nagle przestaje Ci się chcieć? Brakuje motywacji? Nie możesz już patrzeć na czekające na Ciebie listy słówek? Jest na to sposób. Po prostu zrób coś innego. Obecnie jest tyle materiałów do nauki, że każdy znajdzie coś dla siebie. Sięgnij po książkę lub gazety w oryginale, obejrzyj film z napisami lub bez, zagraj w Scrabble po angielsku, załóż konto na jakimś językowym portalu, Możliwości jest mnóstwo.



3. Określ swój cel
Umówmy się. Nie masz celów, więc na dłuższą metę nic z tego nie będzie. Musisz być świadomy, po co się języka uczysz. Co chcesz osiągnąć? Zastanów się nad tym, zapisz w widocznym miejscu, a gdy przyjdzie moment zwątpienia to przypomnij sobie swój cel. Oprócz celu warto zapisać sobie wszystkie plusy znajomości języka obcego jakie przyjdą Ci do głowy.

4. Nie spinaj się i nie panikuj
Uczysz się już miesiąc i nie widać efektów? Nie panikuj i co najważniejsze - nie poddawaj się! Nauka języka to proces. Niestety długi proces. Nie traktuj jednak ewentualnych porażek jako powodu do poddania się. Zobaczysz, że zauważalne efekty często przychodzą nagle. U mnie nagle coś się odblokowało po 1,5 roku regularnej nauki, zobaczyłam, jak wiele już u mnie. Zabrało to sporo czasu, ale wiecie co? Było warto!

I na koniec...

5. Stale zaczynaj od dziś
Jesteś po dłuższej przerwie i ciężko Ci wrócić do regularnej nauki? Mówisz sobie, że jutro to zmienisz? Nie, najprawdopodobniej nie zmienisz. Zacznij od nowa już DZIŚ. Najlepiej w tym momencie, zanim Twoje myśli zostaną zalane falą wymówek.

07.02.2017

Sylwia Chutnik - Smutek cinkciarza


Tytuł: "Smutek cinkciarza"
Autor: Sylwia Chutnik
Ilość stron: 224
Wydawnictwo: Od deski do deski
Seria: Na F/Aktach








Po książki z tej serii sięgam w ciemno. Bardzo podoba mi się sam pomysł na nią oraz fakt, że są historie związane z prawdziwymi wydarzeniami. "Smutek cinkciarza" to kolejny tytuł, który przeczytałam. Kolejny, ale pierwszy, który mnie zawiódł.

Rozczarowała mnie mocno ta książka, ponieważ po przeczytaniu jej opisu miałam nadzieję na historię zbrodni i właściwie nie oczekiwałam niczego innego. Tymczasem otrzymałam coś, czego nie do końca potrafię nazwać. Generalnie podczas czytania stale zastanawiałam się, kiedy w końcu przeczytam coś o tej zbrodni oraz czy ja w ogóle mam w rękach dobrą książkę. Bo zbrodni nie było, i nie było, aż w końcu się pojawiła - na praktycznie ostatnich stronach. Nie ukrywam, że jestem rozczarowana, tym bardziej, że przez całą resztę się porządnie wynudziłam i ze zniecierpliwieniem przewracałam kolejne kartki.

Jeżeli chodzi o tematykę zbrodni to książka zasługuje na porządną naganę. Autorka skupiła się za to na przedstawieniu historii życia warszawskiego cinkciarza Wieśka i jego rodziny w czasach PRL. Klimat został świetnie oddany, można było poczuć wszechobecną biedę, szemrane interesy, a wplatane w treść słowa popularnych w tym czasie piosenek są fajnym urozmaiceniem. 

Chociaż mnie się nie podobała, to uważam, że byłabym niesprawiedliwa, gdybym definitywnie ją odradzała. Myślę, że "Smutek cinkciarza" spodoba się osobom, które chciałaby poczytać o życiu w czasach PRL, poczuć ten klimat. Jednak na rozbudowany wątek zbrodni, nagłe zwroty akcji nie ma co liczyć.

03.02.2017

Barbara Mujica - Frida


Tytuł: "Frida"
Autor: Barbara Mujica
Ilość stron: 448
Wydawnictwo: Marginesy








"Frida" to biograficzna opowieść o Fridzie Kahlo, meksykańskiej malarce, słynącej ze swoich autoportretów.

Czytając tę książkę byłam przekonana, że jest to biografia Fridy, przedstawiona z perspektywy jej młodszej siostry. Jakie jednak było moje zdziwienie, gdy okazało się, że niektóre wydarzenia w niej opisane to fikcja literacka, tak samo jak monolog siostry Fridy skierowany do psychiatry, który okazał się tylko wyobraźnią autorki. Przyznać muszę, że wyszło pomysłowo i bardzo przekonująco, ale jednak jestem przez to trochę zawiedziona, bo wolałabym jednak dostać czystą biografię, bez koloryzowania, tym bardziej, że o Fridzie dotychczas nie słyszałam.

Tak, tak, zanim sięgnęłam po tę książkę nie słyszałam o Fridzie. Nie kryję, że nie jestem znawczynią sztuki, więc czuję się usprawiedliwiona. Sama też się zdziwiłam, że po tę biografię sięgnęłam, ale opis strasznie mnie zaintrygował. I nie żałuję, bo książkę po prostu pochłonęłam.

Może i historia jest podkoloryzowana i nie we wszystko można wierzyć, ale jedno jest pewne - Frida to była wielka osobowość. To kobieta barwna, odważna, kontrowersyjna, z ciętym językiem, nie szczędząca sobie przekleństw od najmłodszych lat i po prostu wulgarna. Kobieta całkowicie zakochana w sobie, chorobliwie żądająca uwagi innych, pełna namiętności i pożądania, co zresztą widać doskonale w jej obrazach. Artystka. Ale też kobieta nieszczęśliwa, krucha, skrzywdzona przez chorobę, która ją sparaliżowała na całe życie. Sięgając po tę książkę przygotujcie się na mnóstwo brzydkich i mocnych słów. Mnie osobiście postać Fridy zafascynowała i hipnotyzowała i bardzo się cieszę, że mogłam się o niej czegoś dowiedzieć.

"Frida" to opowieść nie tylko dla fanów malarki i jej znawców. Historię tak barwnej osobowości po prostu warto poznać!

01.02.2017

Podsumowanie stycznia 2017

Styczeń minął mi zdecydowanie zbyt szybko.  Był to dla mnie czas lenistwa i nicnierobienia, bo miałam ferie. Dzięki temu udało mi się naprawdę dużo przeczytać i obejrzeć. A teraz czekam tylko na słońce i jakieś miłe dla ciała temperatury. Tęsknię za wiosną...



W styczniu przeczytałam 13 książek :
1. Regina Brett - "Bóg nigdy nie mruga" (książka przeczytana już po raz drugi)
2. Jeff VanderMeer - "Podziemia Veniss"
3. Peter Heller - "Gwiazdozbiór psa"
4. Martyna Raduchowska - "Czarne światła: Łzy Mai"
5. Meik Wiking - "Hygge. Klucz do szczęścia"
6. Paul Kalanithi - "Jeszcze jeden oddech"
7. Katarzyna Boni - "Ganbare! Warsztaty umierania"
8. Dophne du Maurier - "Rebeka"
9. Jennifer McMahon - "Zimowe dzieci"
10. Chris Carter - "Krucyfiks"
11. W. Bruce Cameron - "Był sobie pies"
12. Chris Carter - "Egzekutor"
13. Barbara Mujica - "Frida"

Razem 4731 stron.

Co najlepsze, w styczniu przeczytałam praktycznie same dobre książki, co bardzo mnie cieszy, bo ostatnimi czasy było pod tym względem słabo niestety. Dobrze rozpoczynam ten rok i oby tak dalej.

W styczniu na blogu pojawiło się też kilka wpisów z serii językowo :
1."Angielski obłędnie" wydawnictwa Edgard
2. Magazyny English Matters
3. Platforma Etutor
4. Wydawnictwo [ze słownikiem]

Wielokrotnie wspominałam, że nie jestem typem serialomaniaczki i że wszelkie filmy i seriale nie potrafią mnie zaciekawić na dłuższą metę.  Z nudów jednak zaczęłam oglądać "Breaking Bad" i przepadłam. Potrafiłam dziennie obejrzeć po 8 odcinków.  Teraz jestem już w czwartym sezonie. Wydaje mi się, że poziom spadł, ale liczę na to, że znowu się na maksa wciągnę. Naprawdę nie sądziłam, że serial z narkotykami w tle aż tak przypadnie mi do gustu.

W ferie skończyłam tez oglądać wszystkie odcinki "Jane the Virgin" i czekam na nowe. Serial ten oglądam po angielsku jako dodatek do nauki. Jest całkiem wciągający, typowo kobiecy, dobry na rozluźnienie po ciężkim dniu.

Luty szykuje mi się dosyć pracowity, więc nie liczę na dużo wolnego czasu, ale mam w planach kilka książek i chciałbym "Breaking Bad " obejrzeć do końca. A jak wyjdzie to się zobaczy.

A jak Wam minął pierwszy miesiąc nowego roku? 

30.01.2017

Paul Kalanithi - Jeszcze jeden oddech



Tytuł: "Jeszcze jeden oddech"
Autor: Paul Kalanithi
Ilość stron: 232
Wydawnictwo: Literackie


Paul Kalanithi był młodym, bo zaledwie trzydziestokilkuletnim, świetnie zapowiadającym się neurochirurgiem z prawdziwym powołaniem i pasją. Mało tego, był szczęśliwym mężem i pasjonatem literatury. A potem usłyszał diagnozę, która wywróciła jego życie do góry nogami. Rak, a konkretni IV stadium raka płuc. I rokowania, które nie zwiastowały niczego dobrego...

W obliczu ciężkiej choroby człowiek reaguje różnie. Jedni się załamują i tracą wolę walki już na samym początku, wpadając w depresję. Inni zaś stają do walki ze swoim nowym, mocniejszym od nich samych przeciwnikiem i toczą walkę; długą i nieustanną. Mają jednak nadzieję, mają o co walczyć, chcą żyć. Paul także chciał żyć. Nie chciał umierać, jego misja jeszcze się nie skończyła, miał przecież tyle planów i marzeń. A jednak był w nim jakiś taki wewnętrzny spokój, próba pogodzenia się z losem i optymizm. 

Gdy choruje zwykły człowiek, to chyba jednak jest łatwiej. Łatwiej zaufać lekarzowi, przyjąć jego punkt widzenia i sugestie. Gdy zaś choruje lekarz, który doskonale zna rokowania, objawy i skutki danej choroby, jest na pewno ciężej. W końcu nie tak łatwo odpuścić i pozwolić innym sobie pomóc. Nie łatwo zejść ze sceny i pogodzić się z nową sytuacją. Nie łatwo zająć szpitalne łóżko w momencie, gdy kiedyś się tylko obok niego stało.

Oprócz swojej walki z chorobą, autor opisuje także pracę lekarza. Dzięki temu można zobaczyć, jakim człowiekiem był przed chorobą, lepiej poznać jego osobowość. A przyznać trzeba, że faktycznie był to prawdziwy lekarz, pełen powołania, zainteresowany pacjentem. Wspaniały człowiek. Człowiek pokonany przez raka.

27.01.2017

Jennifer McMahon - Zimowe dzieci



Tytuł: "Zimowe dzieci"
Autor: Jennifer McMahon
Ilość stron: 392
Wydawnictwo: Media Rodzina








Rok 1908. Sara Harrison Shea traci swoją ukochaną córeczkę Gerrtie. Nie potrafi jednak pogodzić się z jej śmiercią i postanawia przywrócić ją do życia w postaci śniącego, zgodnie z instrukcją jej cioteczki.
Czasy współczesne. Ruthie jest zbuntowaną nastolatką, która często kłóci się z matką, pragnąc wolności i swobody. Wszystko się zmienia, gdy jej matka nagle znika, a ona zostaje sama ze swoją sześcioletnią siostrą. Poszukiwania doprowadzą je do tajemnicy sprzed lat..

"Zimowe dzieci" to książka zaklasyfikowana jako horror. Ja niestety tego zupełnie nie odczułam i nie doczekałam się żadnych przerażających i mrożących krew w żyłach momentów. Jednak nie da się zaprzeczyć, że jest to niezwykle klimatyczna powieść, która porywa, o czym świadczy między innymi fakt, że przeczytałam ją w jeden dzień. Być może ci bardziej wrażliwi czytelnicy poczują podczas czytania strach, zwłaszcza jeśli boją się duchów, ale ja, tak jak już wspomniałam, nie uznałabym tego tytułu za horror. Nawet bym powiedziała, że to idealna lektura dla kobiet. Dlaczego?

Pod przykrywką tych wszystkich dziwnych wydarzeń, rozgrywających się na kartach "Zimowych dzieci" doszukuję się głębszego przesłania. Jest tutaj miejsce i na refleksję, bo autorka w znakomity sposób ukazuje różne oblicza macierzyńskiej miłości. Sporo tu śmierci, łez i cierpienia. Matki nie potrafią pogodzić się ze śmiercią swoich pociech, zrobiłyby wszystko, by pobyć z nimi jeszcze przez parę dni, by porozmawiać, raz jeszcze się przytulić i pożegnać z czułością. Za wszelką cenę, nie zważając na konsekwencje.

Autorka w genialny sposób wykreowała postać Sary. Kobieta po śmierci swojego pierwszego dziecka, synka, była aż nazbyt troskliwa o córeczkę. Spędzała z nią każdą wolną chwilę, bała się wypuszczać z domu. Po tragedii, jaka się wydarzyła, Sara wpadła w obłęd. Była zdeterminowana, by przywrócić do żywych swoją córkę, nie zważała na konsekwencje, liczyło się tylko to, by raz jeszcze ją zobaczyć, by móc coś dla niej ugotować, usiąść obok niej. Wspaniale nakreślona postać, ze świetnym portretem psychologicznym.


25.01.2017

W. Bruce Cameron - Był sobie pies |Recenzja przedpremierowa




Tytuł: "Był sobie pies"
Autor: W. Bruce Cameron 
Ilość stron: 391
Wydawnictwo: Kobiece
Premiera: 15 luty 2017

Muszę Wam się do czegoś przyznać. Jestem straszną beksą jeśli chodzi o wszelkiego rodzaju filmy i książki o psach. Nic tak mnie nie rozczula jak właśnie takie historie. Z resztą od dziecka mnie do nich ciągnęło. Ciągle jeszcze pamiętam moje wizyty w bibliotece, kiedy nieustanie prosiłam panią bibliotekarkę o jakieś książki o pieskach. Niestety nie było ich wtedy zbyt dużo. W moim domu było też tradycją oglądanie typowych filmów familijnych ze zwierzętami w roli głównej. Ba! "Beethovena" oglądałam przynajmniej raz w roku i nigdy mi się nie znudził. Bez wahania sięgnęłam więc i po "Był sobie pies".

Jakieś cztery lata temu czytałam "Misję na czterech łapach" tego autora, więc bez zastanowienia sięgnęłam  po "Był sobie pies". Jakie jednak było moje zdziwienie, gdy okazało się, że ja przecież tę historię znam! Bo "Był sobie pies" przedstawia tę samą historię co "Misja na czterech łapach".  Tylko jakoś się złożyło, że nie skojarzyłam po opisie z okładki, że już to czytałam. Zmienił się tylko tytuł na filmowy, bo wiedzieć musicie, że powstał też film, który już niedługo będziemy mogli zobaczyć na ekranach, zmieniło się też wydawnictwo. Świetnie jednak, że wznowiono tę historię. Ja zaś się cieszę, że mogłam sobie przypomnieć tę powieść po latach.


Poznajcie Bailey'a. Psa, który ma do wypełnienia niezwykłą misję. Początkowo poznajemy go jako zaniedbanego kundelka, który trafia do Zagrody, a wkrótce kończy swój psi żywot. To jednak dopiero początek tej niezwykłej historii, bo psiak odradza się i trafia do domu ośmioletniego Ethana.

Gdy czytałam pierwszy raz tę historię to bardzo mnie wzruszyła, pamiętam, że sporo łez przy niej wylałam. Tym razem było już trochę inaczej, ale wiecie - od tamtego czasu dorosłam. Niedawno przeżyłam śmierć swojej psiej przyjaciółki, więc inaczej już patrzę na pewne wydarzenia z tej książki. Nie zmienia to jednak faktu, że "Był sobie pies" rozczulił mnie. Może nie doprowadził mnie ten tytuł do łez (chociaż momentami było bardzo blisko), tak jak cztery lata temu, ale sentyment pozostał.

"Był sobie pies" to piękna i otulająca ciepłem psiej sierści historia, której nie da się nie polubić. Każdy psi właściciel wie, jak bardzo wierne i oddane są te zwierzaki. Jak angażują się i okazują swoją miłość. Kochają, ale też chcą być kochane. Mają swoją misję i chcą ją wypełniać. Książka ta idealnie pokazuje, jak niewiele potrzeba psu do szczęścia. Może warto zastanowić się, czy i my, ludzie, nie moglibyśmy brać z nich przykładu, ciesząc się z małych rzeczy. Bo pies zamerda z radości ogonem, gdy jego właściciel wróci do domu, gdy pójdzie na spacer, czy położy się w ciepłym łóżku. Doceńmy takie drobnostki i my.

Co jednak jest najlepsze w tej książce to fakt, że napisana została z perspektywy Bailey'a. To on jest narratorem i to właśnie jego oczami patrzymy na ludzi, a jego nosem poznajemy zapachy. Dla mnie było to ciekawe doświadczenie, mogąc poznawać świat z psiej perspektywy, bo zawsze zastanawiałam się, jak te zwierzęta nas ludzi postrzegają, co czują, jak analizują nasze zachowania. Do dzięki temu zabiegowi ten tytuł jest taki wyjątkowy i tak chwyta za serce. A Bailey jest taki kochany i inteligentny! Jestem pewna, że i wy się w nim zakochacie!

Podsumowując. "Był sobie pies" to piękna i niezwykle ciepła historia, idealna i dla dużych, i dla małych. A najlepsza do czytania w rodzinnym gronie. To też idealny materiał właśnie na film familijny. Ta książka ta pozycja obowiązkowa dla każdego psiarza! Ja teraz z niecierpliwością czekam na ekranizację.

Za książkę dziękuję Business&Culture oraz wydawnictwu Kobiecemu.
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka