30.01.2017

Paul Kalanithi - Jeszcze jeden oddech



Tytuł: "Jeszcze jeden oddech"
Autor: Paul Kalanithi
Ilość stron: 232
Wydawnictwo: Literackie


Paul Kalanithi był młodym, bo zaledwie trzydziestokilkuletnim, świetnie zapowiadającym się neurochirurgiem z prawdziwym powołaniem i pasją. Mało tego, był szczęśliwym mężem i pasjonatem literatury. A potem usłyszał diagnozę, która wywróciła jego życie do góry nogami. Rak, a konkretni IV stadium raka płuc. I rokowania, które nie zwiastowały niczego dobrego...

W obliczu ciężkiej choroby człowiek reaguje różnie. Jedni się załamują i tracą wolę walki już na samym początku, wpadając w depresję. Inni zaś stają do walki ze swoim nowym, mocniejszym od nich samych przeciwnikiem i toczą walkę; długą i nieustanną. Mają jednak nadzieję, mają o co walczyć, chcą żyć. Paul także chciał żyć. Nie chciał umierać, jego misja jeszcze się nie skończyła, miał przecież tyle planów i marzeń. A jednak był w nim jakiś taki wewnętrzny spokój, próba pogodzenia się z losem i optymizm. 

Gdy choruje zwykły człowiek, to chyba jednak jest łatwiej. Łatwiej zaufać lekarzowi, przyjąć jego punkt widzenia i sugestie. Gdy zaś choruje lekarz, który doskonale zna rokowania, objawy i skutki danej choroby, jest na pewno ciężej. W końcu nie tak łatwo odpuścić i pozwolić innym sobie pomóc. Nie łatwo zejść ze sceny i pogodzić się z nową sytuacją. Nie łatwo zająć szpitalne łóżko w momencie, gdy kiedyś się tylko obok niego stało.

Oprócz swojej walki z chorobą, autor opisuje także pracę lekarza. Dzięki temu można zobaczyć, jakim człowiekiem był przed chorobą, lepiej poznać jego osobowość. A przyznać trzeba, że faktycznie był to prawdziwy lekarz, pełen powołania, zainteresowany pacjentem. Wspaniały człowiek. Człowiek pokonany przez raka.

27.01.2017

Jennifer McMahon - Zimowe dzieci



Tytuł: "Zimowe dzieci"
Autor: Jennifer McMahon
Ilość stron: 392
Wydawnictwo: Media Rodzina








Rok 1908. Sara Harrison Shea traci swoją ukochaną córeczkę Gerrtie. Nie potrafi jednak pogodzić się z jej śmiercią i postanawia przywrócić ją do życia w postaci śniącego, zgodnie z instrukcją jej cioteczki.
Czasy współczesne. Ruthie jest zbuntowaną nastolatką, która często kłóci się z matką, pragnąc wolności i swobody. Wszystko się zmienia, gdy jej matka nagle znika, a ona zostaje sama ze swoją sześcioletnią siostrą. Poszukiwania doprowadzą je do tajemnicy sprzed lat..

"Zimowe dzieci" to książka zaklasyfikowana jako horror. Ja niestety tego zupełnie nie odczułam i nie doczekałam się żadnych przerażających i mrożących krew w żyłach momentów. Jednak nie da się zaprzeczyć, że jest to niezwykle klimatyczna powieść, która porywa, o czym świadczy między innymi fakt, że przeczytałam ją w jeden dzień. Być może ci bardziej wrażliwi czytelnicy poczują podczas czytania strach, zwłaszcza jeśli boją się duchów, ale ja, tak jak już wspomniałam, nie uznałabym tego tytułu za horror. Nawet bym powiedziała, że to idealna lektura dla kobiet. Dlaczego?

Pod przykrywką tych wszystkich dziwnych wydarzeń, rozgrywających się na kartach "Zimowych dzieci" doszukuję się głębszego przesłania. Jest tutaj miejsce i na refleksję, bo autorka w znakomity sposób ukazuje różne oblicza macierzyńskiej miłości. Sporo tu śmierci, łez i cierpienia. Matki nie potrafią pogodzić się ze śmiercią swoich pociech, zrobiłyby wszystko, by pobyć z nimi jeszcze przez parę dni, by porozmawiać, raz jeszcze się przytulić i pożegnać z czułością. Za wszelką cenę, nie zważając na konsekwencje.

Autorka w genialny sposób wykreowała postać Sary. Kobieta po śmierci swojego pierwszego dziecka, synka, była aż nazbyt troskliwa o córeczkę. Spędzała z nią każdą wolną chwilę, bała się wypuszczać z domu. Po tragedii, jaka się wydarzyła, Sara wpadła w obłęd. Była zdeterminowana, by przywrócić do żywych swoją córkę, nie zważała na konsekwencje, liczyło się tylko to, by raz jeszcze ją zobaczyć, by móc coś dla niej ugotować, usiąść obok niej. Wspaniale nakreślona postać, ze świetnym portretem psychologicznym.


25.01.2017

W. Bruce Cameron - Był sobie pies |Recenzja przedpremierowa




Tytuł: "Był sobie pies"
Autor: W. Bruce Cameron 
Ilość stron: 391
Wydawnictwo: Kobiece
Premiera: 15 luty 2017

Muszę Wam się do czegoś przyznać. Jestem straszną beksą jeśli chodzi o wszelkiego rodzaju filmy i książki o psach. Nic tak mnie nie rozczula jak właśnie takie historie. Z resztą od dziecka mnie do nich ciągnęło. Ciągle jeszcze pamiętam moje wizyty w bibliotece, kiedy nieustanie prosiłam panią bibliotekarkę o jakieś książki o pieskach. Niestety nie było ich wtedy zbyt dużo. W moim domu było też tradycją oglądanie typowych filmów familijnych ze zwierzętami w roli głównej. Ba! "Beethovena" oglądałam przynajmniej raz w roku i nigdy mi się nie znudził. Bez wahania sięgnęłam więc i po "Był sobie pies".

Jakieś cztery lata temu czytałam "Misję na czterech łapach" tego autora, więc bez zastanowienia sięgnęłam  po "Był sobie pies". Jakie jednak było moje zdziwienie, gdy okazało się, że ja przecież tę historię znam! Bo "Był sobie pies" przedstawia tę samą historię co "Misja na czterech łapach".  Tylko jakoś się złożyło, że nie skojarzyłam po opisie z okładki, że już to czytałam. Zmienił się tylko tytuł na filmowy, bo wiedzieć musicie, że powstał też film, który już niedługo będziemy mogli zobaczyć na ekranach, zmieniło się też wydawnictwo. Świetnie jednak, że wznowiono tę historię. Ja zaś się cieszę, że mogłam sobie przypomnieć tę powieść po latach.


Poznajcie Bailey'a. Psa, który ma do wypełnienia niezwykłą misję. Początkowo poznajemy go jako zaniedbanego kundelka, który trafia do Zagrody, a wkrótce kończy swój psi żywot. To jednak dopiero początek tej niezwykłej historii, bo psiak odradza się i trafia do domu ośmioletniego Ethana.

Gdy czytałam pierwszy raz tę historię to bardzo mnie wzruszyła, pamiętam, że sporo łez przy niej wylałam. Tym razem było już trochę inaczej, ale wiecie - od tamtego czasu dorosłam. Niedawno przeżyłam śmierć swojej psiej przyjaciółki, więc inaczej już patrzę na pewne wydarzenia z tej książki. Nie zmienia to jednak faktu, że "Był sobie pies" rozczulił mnie. Może nie doprowadził mnie ten tytuł do łez (chociaż momentami było bardzo blisko), tak jak cztery lata temu, ale sentyment pozostał.

"Był sobie pies" to piękna i otulająca ciepłem psiej sierści historia, której nie da się nie polubić. Każdy psi właściciel wie, jak bardzo wierne i oddane są te zwierzaki. Jak angażują się i okazują swoją miłość. Kochają, ale też chcą być kochane. Mają swoją misję i chcą ją wypełniać. Książka ta idealnie pokazuje, jak niewiele potrzeba psu do szczęścia. Może warto zastanowić się, czy i my, ludzie, nie moglibyśmy brać z nich przykładu, ciesząc się z małych rzeczy. Bo pies zamerda z radości ogonem, gdy jego właściciel wróci do domu, gdy pójdzie na spacer, czy położy się w ciepłym łóżku. Doceńmy takie drobnostki i my.

Co jednak jest najlepsze w tej książce to fakt, że napisana została z perspektywy Bailey'a. To on jest narratorem i to właśnie jego oczami patrzymy na ludzi, a jego nosem poznajemy zapachy. Dla mnie było to ciekawe doświadczenie, mogąc poznawać świat z psiej perspektywy, bo zawsze zastanawiałam się, jak te zwierzęta nas ludzi postrzegają, co czują, jak analizują nasze zachowania. Do dzięki temu zabiegowi ten tytuł jest taki wyjątkowy i tak chwyta za serce. A Bailey jest taki kochany i inteligentny! Jestem pewna, że i wy się w nim zakochacie!

Podsumowując. "Był sobie pies" to piękna i niezwykle ciepła historia, idealna i dla dużych, i dla małych. A najlepsza do czytania w rodzinnym gronie. To też idealny materiał właśnie na film familijny. Ta książka ta pozycja obowiązkowa dla każdego psiarza! Ja teraz z niecierpliwością czekam na ekranizację.

Za książkę dziękuję Business&Culture oraz wydawnictwu Kobiecemu.

23.01.2017

Katarzyna Boni - Ganbare! Warsztaty umierania



Tytuł: "Ganbare! Warsztaty umierania"
Autor: Katarzyna Boni
Ilość stron: 304
Wydawnictwo: Agora








11 marzec 2011 rok. Potężne tsunami zbiera swoje żniwa na wschodnim wybrzeżu Japonii. W niektórych miejscach fale sięgają nawet 30 metrów. Giną ludzie, żywioł zabiera dobytki życia. Elektrownie atomowe w Fukushimie zostają uszkodzone. Wszystko jest skażone...
 Od tego też czasu w Japonii słychać na każdym  kroku "Ganbare!", czyli "Daj z siebie wszystko!"...

Ta książka to reportaż przepełniony bólem, śmiercią i ogarniającą beznadzieją. Ciężko bowiem poradzić sobie i zaakceptować fakt, że wystarczy kilka chwil, by tsunami zabrało cały majątek życia i najbliższych. Ciężko jest zaczynać od nowa, w całkiem innym miejscu, z dala od swoich korzeni, gdy zmusza do tego wybuch elektrowni. Zapewne nie łatwo jest zachować tożsamość i iść do przodu. Cierpią relacje międzyludzkie, człowiek ogarnięty jest niepewnością i paniką o swoje jutro, nie potrafi pogodzić się ze śmiercią najbliższych, których zabrała nieposkromiona Matka Natura. Mimo że minęło już kilka lat od tej tragedii to ludzie nadal nie wrócili do normalności; niektórzy ciągle jeszcze szukają kości swoich krewnych, czy mieszkają w tymczasowych mieszkaniach. Nie potrafię sobie wyobrazić, co muszą czuć.

Japończykom temat śmierci jest bliski i towarzyszy im na co dzień, bo codziennością też są zmagania z nieobliczalną przyrodą, która stale zbiera swoje żniwa. Ludzie naprzód planują swoją śmierć, oglądają trumny, czy wybierają, gdzie chcą być pochowani. Oddech śmierci czuje się na każdym kroku, bo nigdy nie wiadomo, kiedy wróci tsunami, czy osunie się ziemia. Są przygotowani.

Reportaże często mają to do siebie są są napisane bardzo szorstko, bez większych emocji. Jednak nie tym razem. Atmosfera jest tutaj ciężka, ogrom ludzkich nieszczęść przytłacza, ale gdzieś w tym wszystkim jest jakieś ciepło ludzkiej nadziei. Nie jest to książka łatwa, ale ważna. Smutna, ale pozwalająca docenić własne życie. Wzruszająca i refleksyjna. Zbliżająca do mieszkańców Japonii i pozwalająca lepiej poznać to państwo.

"Ganbare! Warsztaty umierania" to nie tylko reportaż o tsunami. To także opowieści o codziennej Japonii, jej kulturze, wierzeniach i zwyczajach, które mnie osobiście porwały. Naprawdę nie sądziłam, że tak bardzo zżyję się z tym miejscem, mimo że nigdy tam nie byłam.

21.01.2017

Językowo: Wydawnictwo [ze słownikiem]

Doskonale zdaję sobie sprawę, jak ciężko jest zacząć czytanie po angielsku, zwłaszcza jeżeli nasz poziom nie jest zbyt wysoki. Na przeciw naszym potrzebom wychodzi jednak stosunkowo młode wydawnictwo - Wydawnictwo [ze słownikiem], które postanowiło ułatwiać czytanie w oryginale, wydając znane książki ze słownikiem języka angielskiego. Pomysł świetny, a jak z wykonaniem?


Plusy:

  • Brak konieczności szukania w internetowych, czy klasycznych słownikach, bo słownik mamy na marginesie każdej strony. Dzięki temu czytanie idzie sprawniej. I to właśnie w tym punkcie tkwi fenomen tych książek. Tylko tyle i aż tyle.
  • Plusem zdecydowanie jest też cena publikacji. Na ogół wszelkie materiały do nauki są strasznie drogie, nie wspominając już o oryginalnych tytułach. A tutaj miła niespodzianka, bo książki tego wydawnictwa kosztują w okolicach 30-40zł (w zależności od tytułu), czyli tak jak zwykłe książki. Warto też zaznaczyć, że są łatwo dostępne, bo znaleźć można je np. w Empikach. Są też tytuły droższe np. "Przygody Sherlocka Holmesa", ale to już bardziej gabarytowa książka.
  • Oprócz słówek na marginesach w książkach znajdziemy jeszcze dwa, bardziej rozbudowane słowniki; na początku - z najbardziej popularnymi słowami występującymi w całej książce oraz na końcu, gdzie zebrane zostały w kolejności alfabetycznej wszystkie słówka z marginesów.

  • Oznaczenie poziomu. Nie jestem pewna, czy na wszystkich tytułach na okładce znajdziemy informację na temat poziomu trudności, bo mam u siebie dwa egzemplarze i na jednym jest taka informacja, a na drugiem nie, ale na stronie wydawnictwa każdy tytuł jest odpowiednio oznaczony. Dzięki temu każdy znajdzie coś dla siebie i dopasuje do swoich umiejętności.
  • I na koniec trochę o okładce. Chociaż początkowo miałam mieszane uczucia co do nich, to w sumie mi się podobają. Są minimalistyczne, proste, ujednolicone i jak dla mnie wyglądają ok. Ale to już wiadomo - kwestia gustu. No i najważniejsza jest przecież zawartość.


Ale niestety i minusów kilka się znajdzie, bo idealnie nie jest.

Minusy:

  • Słowniczki dołączone do każdej ze stron zawierają słówka uporządkowane według alfabetu. Według mnie jest to wada, która utrudnia płynne czytanie. Dużo wygodniej byłoby, gdyby były one umieszczone mniej więcej na wysokości tego słówka w tekście. Przynajmniej ja do takiej formy jestem przyzwyczajona. 
  • Przyczepić muszę się też do tego, że podane są tu chyba wszystkie możliwe tłumaczenia danego słówka. Po co? Nie mam pojęcia. Irytowało mnie to strasznie i utrudniało czytanie. Przyznaję się, że czasami nie wiedziałam, które tłumaczenie sobie wybrać. Podejrzewam, że wydawnictwo chciało zrobić te książki bardzo edukacyjne itd., ale trzeba też pamiętać, że takie różne tłumaczenia jednego słówka niewiele dają, bo najlepsze rezultaty i tak przynosi nauka w kontekstach. Jak mam być szczera to te słowniczki często bardziej mi przeszkadzały niż pomagały.  Myślę też, że będzie to duże utrudnienie dla osób początkujących, tym bardziej, że czasami (zwłaszcza w przypadku klasyki, gdzie ten język nie należy do najprostszych) nie jest to takie oczywiste, o które znaczenie danego słowa chodzi. Wprowadza to tylko niepotrzebny chaos. Myślę, że mógłby do tego posłużyć raczej ten ogólny słownik z tyłu. 

Czy polecam? Pomimo wymienionych minusów - TAK. Jest to świetna opcja dla chcących czytać po angielsku, bo dołączony słownik dużo ułatwia. Tylko starajmy się dobierać tytuły do swojego poziomu. Jeżeli jesteśmy na poziomie A1, to nie rzucajmy się mimo wszystko na typową klasykę, w której język nie jest najłatwiejszy. Wybierzmy za to coś łatwiejszego, może znanego nam z dzieciństwa albo coś współczesnego. Oferta wydawnictwa jest na tyle bogata, że każdy znajdzie coś dla siebie.

Wpis powstał we współpracy z Wydawnictwem [ze słownikiem]

19.01.2017

Martyna Raduchowska - Czarne Światła: Łzy Mai

Tytuł: "Czarne Światła: Łzy Mai"
Autor: Martyna Raduchowska
Ilość stron: 460
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Tom: I









Rok 2037. Mijają trzy lata od wybuchu rebelii, w której Jared Quinn przeżył jako jedyny spośród swoich kolegów policjantów. Przeżył, ale nie obyło się bez poważnych komplikacji; jego ciało musiało zostać ulepszone poprzez implanty, których Jared tak bardzo nienawidzi i przez które nie potrafi siebie teraz zaakceptować.

Po trzech latach śpiączki, mężczyzna wraca do pracy w wydziale zabójstw. Sporo się jednak zmieniło i teraz nad bezpieczeństwem obywateli czuwa cybernetyczny stróż prawa, który odwala za śledczych całą robotę, bez problemu odnajdując zabójców. Wkrótce jednak nietypowe morderstwa zmuszają policjantów do wzięcia sprawy w swoje ręce, bo wszelkie maszyny stają się w tych sprawach bezużyteczne, a potrzebne są raczej tradycyjne metody działania.

Jared Quinn, główny bohater książki, to trzydziestoletni mężczyzna, który w odróżnieniu od większości społeczeństwa jest przeciwny wszystkim implantom, ulepszających ciało i nowoczesnej technologii, zastępującej człowieka w każdej dziedzinie. Bardzo mnie ucieszyło, że bohaterem jest dojrzały mężczyzna, bo jest to miła odmiana po tych wszystkich młodzieżówkach z naiwnymi i niezdecydowanymi bohaterkami. Ale do rzeczy. Jared walczy sam ze sobą, próbuje zaakceptować swoje nowe wcielenie i fakt, że został wbrew własnej woli ulepszony. Nie jest to dla niego łatwe, krąży w nim żądza zemsty do całej tej nowoczesnej technologii, czuje się źle z tym, że nawet w pracy został po części zastąpiony robotami. Jared to bardzo dobrze wykreowana postać, którą bardzo polubiłam. Sprawia wrażenie bardzo realistycznego człowieka z krwi i kości.

Miejscami było mi trochę ciężko przebrnąć przez tę książkę. Nie dlatego, że była nudna, czy coś, ale były takie momenty, w których się gubiłam, przytłoczona mnogością nazw i opisów. Wystarczyła chwila wyłączenia, a już nie wiedziałam, o czym czytam. Aczkolwiek winić mogę tu jedynie swoje nierozgarnięcie, a autorkę muszę zaś pochwalić, bo genialnie opisała ten nowy świat. Zdecydowanie widać, że dobrze przygotowała się do pisania, bo wplatane są tutaj zagadnienia z różnych dziedzin, miejscami robi się trochę naukowo i skomplikowanie. Raduchowska po prostu w genialny sposób odmalowała swoją wizję w mojej głowie, to wszystko było dla mnie takie realne, jakby mogło się wydarzyć na prawdę.

Kosztem tych wszystkich opisów, które jednak bardzo cenię, trochę cierpi szybkość akcji. Zwłaszcza początkowo wszystko się ciągnie, by potem stopniowo zacząć przyspieszać. Mimo to nie ma tu miejsca na nudę, a ewentualne braki są świetnie maskowane przez wprowadzanie do futurystycznego świata i opisem przeżyć głównego bohatera i  jego (trafnych) przemyśleń na temat nowoczesnych technologii. Jestem zaś przekonana, że w kolejnych tomach autorka mocniej skupi się na akcji i będzie już w ogóle świetnie. Bo na chwilę obecną już zrobiła kawał dobrej roboty, ale tak, jak już wspomniałam, jest trochę nierówno.

Według mnie to zdecydowanie książka z przekazem. Świat przedstawiony przez autorkę faktycznie może w przyszłości zaistnieć. Nie da się ukryć, że technologia stale idzie do przodu; ciągle coś zostaje ulepszane, jesteśmy coraz bardziej uzależnieni chociażby od swoich smartfonów, bez których, jak bez ręki. Zobaczmy, do czego może to prowadzić. Wizja ta co prawda jest na wyrost, ale i tak dale do myślenia i zmusza do refleksji.

Chociaż fanką science-fiction nie jestem to powieść ta niezwykle mi się spodobała i zdecydowanie mogę ją polecić. Co prawda okładka szczególnie nie zachęca, ale treść robi wrażenie. A ja koniecznie muszę przyjrzeć się innym książkom autorki, czkając na kolejny tom z tej serii. Czyżby kolejne polskie odkrycie, hmm?

16.01.2017

Językowo: English Matters nr 62 + wydanie specjalne nr 20


Kolejne wydanie dwumiesięcznika English Matters na styczeń/luty jest już dostępne. O czym przeczytamy tym razem?


Tradycyjnie jest różnorodnie i każdy powinien znaleźć coś dla siebie. Ja niestety tym razem nie jestem do końca zadowolona, bo kilka artykułów kompletnie mnie nie interesowało, więc ostatecznie nie wszystkie przeczytałam.

Zacznę jednak od artykułów, które bardzo mi się spodobały, a jest to m.in. wywiad Susanną Zaraysky, poliglotką, która zaimponowała mi swoimi umiejętnościami językowymi. Duży szacunek dla tej Pani. Na uwagę zasługuje także tekst poświęcony Big Benowi, czy o Birmingham, które wydaje się być niezwykle malowniczym i wartym zobaczenia miejscem. Zaś gwiazdą numeru został Patrice Bart-Williams, o którym dowiedziałam się właśnie dzięki English Matters.


Są też artykuły traktujące typowo o języku np. o kulturze w języku, o użyciu phrasal verbs w codziennych rozmowach, czy o różnicy pomiędzy "good" a "well".

A z tego, co mnie nie zainteresowało, to przeczytać możemy m.in o planowaniu rodzinnego budżetu, breakdance, czy o podzielonej Europie, co spowodowane jest decyzją UK o opuszczeniu Unii Europejskiej (generalnie polityka to nie moja bajka).


A na koniec jeszcze o wydaniu specjalnym nr 20, które w całości zostało poświęcone zagadnieniom związanym z mówieniem po angielsku. Nie będę co prawda opisywać , co po kolei możemy tu znaleźć, bo byłoby to bezsensu, ale niech najlepszą rekomendacją będzie fakt, że uważam ten numer specjalny za najlepszy, jaki do tej pory czytałam!

Pochłonęłam ten numer błyskawicznie, bo dla osoby, która uczy się angielskiego i szuka sposobów na lepszą komunikację, jest po prostu idealny i w stu procentach trafiony, bo przepełniony dobrą i merytoryczną treścią.

Znajdziemy tu m.in. wywiady z doświadczonymi nauczycielami angielskiego, którzy znakomicie znają się na nauczaniu Polaków, wiedzą, jakie błędy popełniamy itd. Jest też o przełamywaniu barier językowych, czy kilka polecanych aplikacji ułatwiających naukę. Oprócz tego znajdziemy artykuł poświęcony idiomom, możemy też podjąć 30 dniowe wyzwanie dotyczące ich nauki, i wiele, wiele innych interesujących treści.


Raz jeszcze - numer zdecydowanie trafiony i godny polecenia!

 Za możliwość przeczytania dziękuję wydawnictwu Colorful Media.

Więcej postów dotyczących nauki języków znajdziecie w kąciku językowym - KLIK

15.01.2017

Jeff VanderMeer - Podziemia Veniss


Tytuł: "Podziemia Veniss"
Autor: Jeff VanderMeer
Ilość stron: 240
Wydawnictwo: Mag








Veniss to futurystyczne miasto, pod którym ciągną się wielopoziomowe, niekończące się tunele, w których nikt nie chciałby się znaleźć; to miejsce, do którego lepiej się nie zapuszczać, bo jest zdradliwe, niebezpieczne i pełne przerażających mieszkańców. Veniss rządzi wszechmocny bioinżynier Quin, właściciel cyrku pełnego niezwykłych, modyfikowanych genetycznie stworzeń, które sam projektuje i tworzy.

W tym świecie przyjdzie nam towarzyszyć trójce bohaterów: bliźniętom Nicholasowi i Nicoli oraz Shadrachowi. Gdy Nicholas zostaje pobity i obrabowany, postanawia odnaleźć Quina i prosić go o jedną z jego genetycznie zmodyfikowanych surykatek, które oprócz wykonywania domowych prac są też świetnymi ochroniarzami i gwarantują bezpieczeństwo. Jednak ślad po Nicholasie ginie i na scenę wkracza jego siostra bliźniaczka Nicole, która chce go odnaleźć. Udaje się więc do swojego byłego chłopaka, Shadracha, by prosić o po pomoc. Gdy ten odmawia, dziewczyna bierze sprawy w swoje ręce i wkrótce otrzymuje w prezencie od Quina surykatkę...

Wizja świata przedstawionego przez autora przeraża. Pełno w nich szaleństw i okropności, które czekają na człowieka na każdym kroku. Mnie oczarował styl autora, jego umiejętność odmalowania tego świata w mojej głowie. Czasami, co prawda, musiałam powalczyć z moją ograniczoną wyobraźnią, ale na swój sposób udało mi się zobaczyć podziemia Veniss, poczuć ciężki klimat tego miejsca. Z jednej strony miasto to fascynuje, z drugiej odrzuca i przeraża. Chce się je poznać, ale gdzieś tam w głowie odzywa się zdrowy rozsądek, że lepiej by było tego nie robić.

Początkowo ta książka wydała mi się strasznie chaotyczna, nie wiedziałam, do czego autor zmierza, czułam się trochę przytłoczona tymi różnymi stworzeniami i nietypową narracją, ale bardzo szybko wsiąknęłam w ten świat i mogłam się skupić na interpretowaniu tego tytułu, odkrywania jego głębi i refleksji, jakie ze sobą niesie. Ewidentnie widać tutaj, że bohaterowie są niczym marionetki, którymi ktoś steruje. Nie mają oni zbyt wielkiego wpływu na swoje życie, nie są w stanie uniknąć tych wszystkich okropności, bo są one nieuniknione.

Autor zrobił kawał dobrej roboty jeśli chodzi o wykreowanie wizji nowego, przerażającego świata. Natomiast fabularnie ta książka niestety kuleje. Ewidentnie widać, że autor chciał się skupić na dokładnym opisaniu Veniss, a zaniedbał inne, równie istotne elementy. Opisy zdominowały na przykład budowanie napięcia. Osobiście uważam, że można było napisać lepiej tę książkę, ale i tak jest bardzo dobrze, bo jak dla mnie autor potrafi się obronić już samymi opisami i jestem w stanie przymknąć oko na wszystkie te niedociągnięcia.

Rozczarowało mnie natomiast zakończenie, które przyszło zdecydowanie za szybko i zostało bardzo uproszczone. Spodziewałam się czegoś lepszego, bardziej spektakularnego. Co prawda na końcu jest jeszcze krótka nowelka pt. "Wojna Balzaka", ale jakoś nieszczególnie mi się spodobała, bo nie miała zbyt wiele wspólnego z główną historią, prócz faktu, że dzieje się w tym samym świecie. Aczkolwiek nie znajdziemy w niej żadnych wątków, które mogłyby uzupełnić niedosyt po zakończeniu "Podziemi Veniss". Za to po lekturze tego krótkiego opowiadania zdecydowanie można popaść w refleksyjny nastrój.


13.01.2017

Olga Rudnicka - Granat poproszę

Tytuł: "Granat poproszę!
Autor: Olga Rudnicka
Ilość stron: 336
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka









Emilia Przecinek, autorka romansów, chociaż jest trochę zaniedbana i zakompleksiona z powodu swojej nadwagi i niskiego wzrostu, wiedzie szczęśliwe życie. A przynajmniej tak jej się wydawało aż do czasu telefonu od męża, w którym oznajmił jej, że odchodzi od niej i od dzieci, bo znalazł sobie inną kobietę. Początkowo Emilia jest zrozpaczona, ale szybko uczucie to zastępuje wściekłość, zwłaszcza gdy uświadamia sobie, że kredyt hipoteczny sam się nie spłaci. A wściekła kobieta to kobieta zdesperowana...

Tym razem niestety się zawiodłam, bo ani to  kryminał, ani komedia. Brakowało mi tu świetnego humoru autorki, który miałam okazję już wielokrotnie poznać, przy okazji innych jej książek. Przyznaję, ze czasami faktycznie zdarzyło mi się wybuchnąć śmiechem, ale z żalem stwierdzam, że przez większość czasu byłam raczej zirytowana zachowaniem bohaterów, a nie rozśmieszona. Czułam się tak, jakbym śledziła poczynania przekupek na targu. Cóż, nie tego oczekiwałam. Kryminału tu też jak na lekarstwo, w dodatku jest przewidywalnie. Tym razem to zdecydowanie lekka obyczajówka.

Ja naprawdę uwielbiam bohaterów książek Rudnickiej, ale tym razem i pod tym względem mi się nie spodobało. Jakoś kompletnie nie potrafiłam ich polubić, a szczególnie babć, czyli matki Emilii i jej teściowej. Czytając ich dialogi czułam się, jakbym słuchała przekupek na targu, o czym już wyżej wspominałam. Początkowo, owszem, polubiłam je, ale z czasem miałam ich już naprawdę dość i czułam się zirytowana i zmęczona ich zachowaniem. Najbardziej chyba wyszli autorce dzieci Emilii, czyli Kropka i Kropek, jak się często sami nazywali. Fajne dzieciaki i aż się dziwię, że nie zwariowały jeszcze w tej rodzince. A Emilia. Emilia to w ogóle jest szalona kobieta. Artystka, żyjąca życiem bohaterek swoich książek. Charakterna, trochę głupiutka i nierozgarnięta, ale gdy trzeba to stanowcza. Całkiem w porządku postać, chociaż momentami mnie osłabiała.

Tym razem, niestety, szału nie ma. Mam nadzieję, że to jednorazowa potyczka autorki i że w kolejnej książce znajdę już to, do czego mnie przyzwyczaiła.

10.01.2017

Językowo: Angielski Obłędnie! Wyd. Edgard

Błędy. Błędy to nieodłączny element towarzyszący każdemu uczącemu się, czy to angielskiego, czy innego języka, niezależnie od tego, na jakim poziomie się znajdujemy. Popełniamy je wszyscy, często nieświadomie. Tworzymy kalki językowe, mylimy znaczenia słów, bo podobnie brzmią w języku ojczystym, a w innym znaczą zupełnie coś innego, itd. A gdyby tak zebrać wszystkie najpopularniejsze błędy w jednym miejscu, by w ten sposób ułatwić językowym zapaleńcom naukę?

Ależ proszę, oto jest! "Angielski obłędnie!" Wydawnictwa Edgard to właśnie takie źródło wiedzy o najczęściej popełnianych błędach w języku angielskim. Dodać należy, że przez Polaków, bo to też istotne. W końcu inne błędy będzie popełniał Niemiec, a inne Polak, więc super, że mamy taką książkę na polskim rynku. A teraz zerknijmy do środka!


  • Dużą zaletą jest fakt, że to książka w zasadzie dla wszystkich, bo dedykowana od poziomu A1 do C1. Co prawda w środku nie znajdziemy podziału na poziomy, ale może to i dobrze, bo przecież na każdym etapie nauki popełnia się błędy i czasami nawet rzeczy z pozoru banalne mogą sprawiać problemy i tym bardziej zaawansowanym.
  • Pokuszę się o stwierdzenie, że "czego tu nie ma?", bo mam wrażenie, że jest chyba wszystko. Cokolwiek przyszło mi na myśl do sprawdzenia - znalazłam. Zresztą nie ma co się dziwić, bo książka jest obszerna (ponad 300 stron) i zawiera mnóstwo treści. Co prawda nie wiem, jakie zdanie miałaby osoba na poziomie C1, ale ja, jako średniozaawansowana, jestem w pełni usatysfakcjonowana.
  • Podręcznik podzielony jest na dwie części:
- pierwsze 8 rozdziałów to wyszczególnione błędy gramatyczne, składniowe, dotyczące szyku zdania, przyimków, spójników, zaimków itd.
- zaś kolejne rozdziały są już trochę inne, można powiedzieć, że poruszają bardziej kwestie praktyczne, bo przedstawiono tu typowe błędy dla konkretnych sytuacji, jakie nas mogą w życiu spotkać, dotyczące np. edukacji, pracy, sportu, zdrowia, polityki i społeczeństwa, itd. Zresztą zobaczcie sami, jak to wygląda w środku na przykładzie rozdziału "Komunikowanie się i media":


Są zagadnienia gramatyczne i przykłady zdań pasujące do tematyki działu. Błędy zostały zaznaczone na niebiesko i przekreślone.


Następnie składnia i stylistyka i od razu kilka ćwiczeń.


Słownictwo, również z ćwiczeniami,  dostosowane do danego działu.


Słowotwórstwo.


Coś, co zawsze sprawia problemy, czyli idiomy, wyrażenia i phrasal verbs (których osobiście nie znoszę)


Dalej wymowa. Szkoda tylko, że nie dołączono jakieś płyty do książki, żeby móc sobie te słówka odsłuchać, ale dla chcącego nic trudnego - internet zawsze pomoże.


A na sam koniec rozdziału dalsze ćwiczenia + słowniczek z trudniejszymi słówkami, które w danym rozdziale występują. Jest to o tyle fajnie rozwiązane, że słówka, które znajdziemy w słowniku, są w tekście podkreślone.


  • W książce znajdziemy ponad 100 ćwiczeń rozdzielonych pomiędzy rozdziały. Jest to bardzo dobry pomysł, bo od razu po przerobieniu danego zagadnienia można się sprawdzić. Odpowiedzi znaleźć możemy na końcu książki. Jednak nie traktowałabym tego tytułu jak zeszytu ćwiczeń, bo zadań nie jest dużo i dobrze znaleźć sobie jeszcze jakieś inne przykłady do rozwiązania, żeby lepiej utrwalić wiedzę w myśl zasady, że trening czyni mistrza!
  • A ze spraw mniej ważnych, ale o których też warto wspomnieć to, że podręcznik jest ładnie wydany. Tradycyjnie, jak to u Edgarda, jest estetycznie i przejrzyście, dominuje biały i niebieski. Co prawda bardziej zamiast tego niebieskiego pasowałby czerwony, bo od razu kojarzy się z błędami, ale teraz też jest ok.
  • Natomiast przyczepić się muszę trochę do spisu treści, który według mnie jest zbyt ogólny. Zresztą zobaczcie sami:


O ile w przypadku pierwszych 8 rozdziałów można się domyślać, co zastaniemy na poszczególnych stronach, tak dalej jest to już utrudnione. Generalnie nie ma problemów, jeśli książkę przerabiamy po kolei, od deski do deski, ale bywały u mnie takie sytuacje, że chciałam znaleźć jakieś zagadnienie i rozpoczęło się dosyć długie szukanie, bo nie za bardzo wiedziałam, gdzie mogłabym je dopasować, do którego rozdziału. Z jednej strony zdaję sobie sprawę, że gdyby wydawnictwo chciało umieścić w spisie treści po kolei wszystkie zagadnienia to zajęłoby to dobre kilka stron, ale myślę, że można by było znaleźć na to jakiś sposób. Tyle dobrze, że wszystko jest ładnie wyróżnione niebieskimi ramkami, więc rzuca się w oczy przy ewentualnych poszukiwaniach.

Jestem naprawdę mile zaskoczona tym tytułem i uważam, że jest świetny. Brakowało mi właśnie czegoś takiego. Polecić mogę wszystkim uczącym się, niezależnie od poziomu, bo tak jak już wspomniałam - błędy popełniamy wszyscy i zawsze czegoś nowego można się nauczyć. "Angielski obłędnie!" to zdecydowanie książka wartościowa i jeśli tylko uczycie się angielskiego to warto ją mieć.

Link do książki znajdziecie tutaj --> KLIK

Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Edgard.

Więcej postów dotyczących nauki języków znajdziecie w kąciku językowym - KLIK

07.01.2017

Stephen King - Koniec warty

Tytuł: "Koniec warty"
Autor: Stephen King
Ilość stron: 480
Wydawnictwo: Albatros
Tom: III
Cykl: Bill Hodges
Pan Mercedes|Znalezione nie kradzione|Koniec warty







"Koniec warty" to już ostatni tom trylogii z emerytowanym detektywem Billem Hodgesem i jego wiernymi towarzyszami. Finał, w którym Stephen King niewątpliwie zaskakuje, ale czy pozytywnie?
Przypomnę jeszcze pokrótce, że pierwszy tom mnie absolutnie oczarował, drugi zaś zawiódł, a ten?

Pan Mercedes stale przebywa w Klinice Traumatycznych Uszkodzeń Mózgu, ale zaczyna dziać się z nim coś dziwnego. Niby jest w stanie wegetatywnym, ale odzyskuje świadomość i odkrywa w sobie potężne moce, którymi jest w stanie zawładnąć innymi ludźmi. I zamierza to wykorzystać...

Napisałam, że King w tej części zaskakuje. A zaskakuje tym, że pojawiają się elementy paranormalne, których poprzednio nie było. Ogólnie myślałam, że będzie to od początku do końca czysta seria kryminalna, ale jak widać King i tutaj wplata swoje "specjały". Czy to dobrze, czy źle? Szczerze powiedziawszy ciężko jednoznacznie ocenić. Na pewno przez to ta część znaczenie różni się od poprzednich, może nawet i nie pasuje, ma inny klimat. Mnie nie do końca te wątki paranormalne przekonywały, troszeczkę to było przekombinowane. Uważam też, że przez nie postać Pana Mercedesa sporo straciła. Stał się teraz mniej przerażający, bardziej odległy przez te swoje zdolności. Nierealne wątki - mniej realny bohater.

Początek "Końca warty" mnie zauroczył i po pamiętnym rozczarowaniu związanym z czytaniem drugiego tomu, poczułam, że to będzie coś fajnego, że wróci wysoki poziom, który zastałam na start w "Panu Mercedesie". Niestety byłam w błędzie. Początek, owszem, jest bardzo wciągający, ale potem wkrada się nuda. W pewnym momencie nie dzieje się już nic, jest za to całe mnóstwo opisów i prób tłumaczenia nadnaturalnych poczynań Pana Mercedesa. Na koniec, tradycyjnie, akcja znowu rusza, ale jak dla mnie to za mało, by uratować całość. Ja niestety się wynudziłam. Już nawet nie chcę wspominać o przewidywalności, ale muszę, bo autor i tu się nie popisał. Całkowicie brakuje elementów zaskoczenia, nawet na końcu.

Po przeczytaniu całej serii z przykrością stwierdzam, że trzeba było skończyć na "Panu Mercedesie" i darować sobie dwa kolejne tomy.

04.01.2017

Etutor - internetowa szkoła językowa

Mija miesiąc odkąd zaczęłam korzystać z platformy eTutor. Dzisiaj chcę się podzielić moimi, w zasadzie pierwszymi, wrażeniami.



Co to jest eTutor?

eTutor to internetowa szkoła języka angielskiego i niemieckiego, która pozwala nam na naukę o dowolnej porze, oferując szereg materiałów, które uprzyjemnią, ułatwią i uskutecznią naszą naukę.

A jak to działa?

✷Na początku jesteśmy proszeni o wypełnienie testu poziomującego, żeby zobaczyć, na jakim poziomie jesteśmy. U mnie jest to B1 i od takiego rozpoczęłam robić lekcje. Wiele materiału nie jest dla mnie żadną trudnością, a raczej powtórkami, ale pojawiają się też nowe słówka, czy zagadnienia gramatyczne.



✷Co według mnie wyróżnia tę stronę to fakt, że pozwala ona na doskonalenie zarówno słownictwa, gramatyki, ale też pisania, mówienia i rozumienia ze słuchu:
Pisanie
Ja zawsze miałam problemy ze zmotywowaniem się do pisania. Teraz już nie mam, bo dostaję zadanie, więc je robię bez wymówek, a od razu potem moja praca zostaje automatycznie sprawdzona przez komputer, który wyłapuje błędy i sugeruje, jak je poprawić.
Rozumienie ze słuchu
Co do rozumienia ze słuchu to są różne dialogi, po których czeka na nas krótki test, są także dołączone filmy z TED.com, które osobiście uwielbiam oglądać za ich motywujące treści.
Mówienie
Genialną sprawą są też zadania ze speakingu. Średnio co drugą lekcję dostajemy zadanie, żeby przeczytać na głos tekst. Nasz głos zostaje nagrany, dzięki czemu możemy sami wyłapać swoje błędy, zobaczyć, z wymową czego mamy problemy itd. A dla mnie to był sposób, żeby zacząć mówić głośno po angielsku (bo mój sprzęt pozostawia sporo do życzenia) i odważniej. Przyznaję, że początkowo miałam opory przed tymi nagraniami i pomijałam te zadania, ale szybko nadrobiłam zaległości i teraz obowiązkowo je robię. Przyzwyczaiłam się już do brzmienia swojego głosu po angielsku i czuję się pewniej.
Gramatyka
eTutor bardzo polubiłam właśnie za dużą ilość gramatyki. Ja nigdy nie przykładałam do tego większej uwagi, nie lubiłam się gramatyki uczyć. A teraz przychodzi mi to z łatwością. Praktycznie w każdej lekcji mamy jakieś nowe zagadnienie, a potem krótkie testy. Warto jeszcze zaznaczyć, że poruszane są tu naprawdę różne zagadnienia, nie tylko te podstawowe jak np. czasy. Czasami spotykam się z czymś, na co wcześniej nie zwracałam kompletnie uwagi, nie zastanawiałam się i popełniałam błędy, o czym już teraz wiem.
Słówka
W każdej lekcji jest jakaś porcja słówek. Czasami odnoszę wrażenie, że ich dobór nie jest dostosowany do poziomu, którego się uczymy, bo np. na B1 zdarzają się czasami naprawdę podstawowe słówka typu "desk", których uczy się na A1 (a przynajmniej ja się uczyłam). Ale są też oczywiście trudniejsze. Chcę jednak tu zaznaczyć, że lekcje są podzielone tematycznie i w każdej jest tych słówek kilka. Dlatego uważam, że nie można w 100% polegać na samych lekcjach eTutora jeśli chodzi o poznawanie nowych słówek, bo można liznąć tylko po trochu ze słownictwa tematycznego. Także warto mieć jeszcze inne źródło do nauki albo skorzystać ze zbiorów, które również są dostępne na eTutorze. Ale tak jak mówię - same lekcje to za mało, by poznać dobrze słownictwo.
⬩ Jak wyżej wspomniałam, na eTutorze dostępne są różne bazy słówek - od tych podstawowych po specjalistyczne typu medycyna, handel, architektura itd. Jest w czym wybierać.





✷eTutor połączony jest z genialnym słownikiem - Diki, który znam już od dawna ( i który polecam Wam m.in przy wpisie o czytaniu książek w oryginale). Ponadto podczas nauki można w każdej chwili kliknąć dwukrotnie na dane słówko, by poznać jego tłumaczenie, wymowę i jeszcze użycie w zdaniu.

✷Na eTutorze czeka na nas też mnóstwo gier językowych, które są świetnym urozmaiceniem. Moją ulubioną jest WorthSmith, czyli coś podobnego do Scrabbli. Gram w nią nałogowo! Oprócz tego znajdziemy tu memory, wisielca, krzyżówki oraz gry pomagające w ćwiczeniu rozumienia ze słuchu z podziałem na poziomy językowe. Jest także trener wymowy.




✷eTutor jest płatny. Cena uzależniona jest od pakietu, jaki sobie wybierzemy i od języka. Przykładowo kurs z angielskiego to koszt 99zł na 3 miesiące, 149zł za pół roku i 249zł za rok. Business English jest droższy, a język niemiecki tańszy. Jeśli chodzi o roczny koszt angielskiego, to miesięcznie płacimy ok.20zł. Warto jednak zaznaczyć, że często są różne promocje i można wykupić sobie te kursy taniej.  Cena może być minusem, ale czasami to właśnie fakt, że za coś płacimy, stanowi dla nas motywację do nauki, bo przecież nie chcemy, by nasze pieniądze przepadły. No i płacimy w tym przypadku za dobrze dopracowane materiały.
Żeby nie kupować kota w worku, jest oczywiście możliwość wypróbowania strony za darmo przez kilka dni. Warto z tej opcji skorzystać, żeby zaznajomić się z tą metodą nauki.

W jaki sposób uczę się na eTutorze?
Z racji tego, że mam obecnie więcej wolnego czasu na naukę poświęcam dosyć dużo czasu i codziennie przerabiam jedną całą lekcję, czasami dwie, gdy zagadnienia są dla mnie łatwe i nie muszę poświęcać im większej uwagi. No chyba, że czuję się przytłoczona ilością powtórek, wtedy stopuję. Bo powtórki robię oczywiście codziennie i uważam je za bardzo ważny punkt. Wiadomo, że zdobyta wiedza musi być stale utrwalana. Jeżeli chodzi o powtarzanie to dodaję do powtórek tylko i wyłącznie nowe słówka, a często całe zdania, żeby od razu uczyć się w kontekście i zgodnie z szykiem. A gdy mam ochotę to jako dodatek gram sobie w gry językowe, o których wspominałam już wyżej. 

Podsumowując...
Pierwsze moje wrażenie jest jak widać bardzo pozytywne. Na pewno za kilka miesięcy zrobię aktualizację i ponownie podzielę się swoją opinią, napiszę, czy coś się zmieniło. Jeżeli zastanawiacie się, czy warto, to ja powiem, że tak. Pamiętajcie jednak, że chociaż jest to taka internetowa szkoła, to nikt za nas dyscypliny trzymać nie będzie, nikt nie będzie stał nad nami z batem i pilnował, czy się uczymy. Dlatego dla bardzo dużych leniów, którzy wahają się, czy wybrać eTutor, czy tradycyjny kurs gdzieś stacjonarnie, polecam sprawę przemyśleć.

A na koniec jeszcze filmik, który oprowadzi Was po serwisie:

Wpis powstał we współpracy z platformą eTutor.pl

Więcej postów dotyczących nauki języków znajdziecie w kąciku językowym - KLIK

01.01.2017

Podsumowanie 2016 roku



Kolejny nowy rok właśnie się rozpoczął. Początkowo miałam nie robić żadnych podsumowań, ale chyba jednak wypada, bo był to na swój sposób czas wyjątkowy. Ale najpierw życzenia:

W nowym roku pragnę Wam życzyć wszystkiego najlepszego, dużo zdrowia, szczęścia, pomyślności oraz nieskończonych podkładów pozytywnej energii. Spełniajcie się, próbujcie nowych rzeczy i odkrywajcie nowe pasje!

W 2016 trochę się u mnie działo:
- wkroczyłam w dorosłość, co jakoś niespecjalnie mnie cieszy, ale już na pewno przeraża. Czuję się trochę zagubiona, nie mam pomysłu na siebie, swoją przyszłość i dorosłe życie. Jakoś napawa mnie to strachem
- zdałam egzamin na prawo jazdy i uważam to za mój największy sukces ubiegłego roku. Kosztowało mnie to mnóstwo nerwów, ale udało mi się zdać wszystko za pierwszym razem
- nie dałam się pokonać spadkom motywacji i dzielnie kontynuowałam swoją naukę angielskiego. Dla mnie to duży sukces i bynajmniej nie koniec nauki
-i jeszcze wiele, wiele innych typowo osobistych drobiazgów

2016 rok niestety obfitował też w nieszczęścia, ale o tych może nie warto nawet wspominać i rozpamiętywać. Z resztą nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło i przekonałam się, że nawet choroba może mieć jakieś swoje pozytywne skutki. Grunt to umieć szukać pozytywów w z pozoru beznadziejnych chwilach. I tej umiejętności Wam wszystkim i sobie samej życzę.

Pora na książkowe podsumowanie 2016 roku. Udało mi się przeczytać 106 książek, które razem dały 43567 stron. Tradycyjnie nie o wszystkich na blogu wspominałam.

Niestety odnoszę wrażenie, że mnóstwo gniotów trafiało w moje ręce w 2016 roku, a zbyt mało było tytułów, które naprawdę by mnie zachwyciły. Albo robię się zbyt bardzo wymagająca, albo po prostu miałam pecha. Życzę sobie, by w 2017 roku trafiały do mnie same perełki. Nie nastawiam się w tym nowym roku na jakieś wysokie wyniki, nie będę też o nie zabiegała. Książki są dla mnie ważne, ale już moje podejście do nich zmieniło się. Odkryłam inne pasje, które też pochłaniają mój wolny czas, a doba to nie guma i rozciągnąć się jej niestety nie da.

Noworoczne postanowienia?
Na chwilę obecną brak. A bezsensu jest wymyślać na siłę. Chciałabym chyba tylko znaleźć jakiś taki wewnętrzny spokój i poczucie bezpieczeństwa. Chciałabym w końcu zapanować nad swoim kapryśnym zdrowiem i czuć się dobrze sama ze sobą.

A jak Wasz 2016 rok? Jakie plany na najbliższe 12 miesięcy?
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka